
Wywiad z Antonim Sławomirem Paprotnym
przeprowadzony przez Monikę Jurgo-Puszcz (część polskojęzyczna)
i Monikę Sokół-Rudowską (część norweskojęzyczna)
w Oslo, dn. 15 września 2010 roku
Nazywam się Monika Jurgo-Puszcz; wraz z Moniką Sokół-Rudowską reprezentujemy polską i norweską służbę archiwalną oraz Polską Fundację Korpus Ochotników Specjalistów, realizujące misję „Ocalmy od zapomnienia”.
Prowadzimy badanie dotyczące losów osób, które po wprowadzeniu stanu wojennego w roku 1981 doznały represji, a w dalszej konsekwencji opuściły Polskę i osiedliły się w Norwegii.
Chcielibyśmy porozmawiać o okolicznościach ich wyjazdu z Polski, jego następstwach i odczuciach z tym związanych. Nasza rozmowa będzie prowadzona w pierwszej części w języku polskim, w kolejnej części po norwesku, a następnie na zakończenie znowu w języku polskim.
Ponieważ nasza praca ma charakter dokumentacyjny, nasza rozmowa będzie rejestrowana za pomocą dyktafonu oraz kamery. Poza nagraniem archiwalnym z fragmentami po polsku i norwesku istnieją dwie równoważne wersje z tłumaczeniami części norweskojęzycznych na polski i vice versa.
Monika Jurgo-Puszcz: Bardzo proszę aby się Pan przedstawił.
Antoni Paprotny: Nazywam się Antoni Sławomir Paprotny. Urodziłem się w Karpaczu, mieszkałem w Szczecinie, a od 82 roku mieszkam w Norwegii.
MJP : Pan wychował się w Karpaczu, a czy mógłby Pan nam opowiedzieć o swojej rodzinie? Kim byli rodzice, czym się zajmowali?
AP : Mama mnie sama wychowywała. Ojciec pochodził ze Śląska, a moja mama pochodziła z Kresów Wschodnich - z białostockiego. Rodzice spotkali się tuż po wojnie w Karpaczu i urodziłem się w [19]50 roku.
MJP : Chodził Pan w Karpaczu do szkoły, tak?
A P : W Karpaczu chodziłem do szkoły podstawowej, a następnie skończyłem Liceum Ogólnokształcące w Karpaczu.
MJP : Czy ma Pan rodzeństwo?
AP : Ja mam rodzeństwo… to się po polsku nazywa pół rodzeństwo [przyrodnie]. Mam dwie siostry i brata, [oni] są młodsi ode mnie.
MJP : Czym się zajmuje Pana rodzeństwo?
AP : Mój brat był górnikiem. Jest już na emeryturze, natomiast siostry nauczycielki. Jedna mieszka w Hamburgu od 20 lat, a druga mieszka w Rzeszowie.
MJP : Czy Pana rodzice byli zaangażowani w jakąś działalność społeczną, należeli do jakiejś partii?
AP : Nie. Nie. O ile mi wiadomo nie.
MJP : Chcielibyśmy teraz z Panem porozmawiać o okresie poprzedzającym Pana wyjazd z Polski. Pan z Karpacza wyjechał do Szczecina. Proszę opowiedzieć o tym czym się Pan zajmował w Szczecinie.
AP : Wyjechałem z Karpacza w 1968 roku. Jak zrobiłem maturę w ogólniaku dostałem się do Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie. Spełniło się moje marzenie, żeby zostać marynarzem. Szkołę Morską skończyłem w [19]71 roku z trzecią lokatą i dostałem od razu w Polskiej Żegludze Morskiej, która jak gdyby patronowała Państwowej Szkole Morskiej dostałem od razu stanowisko oficerskie, tak zwanego asystenta pokładowego. W Polskiej Żegludze Morskiej pracowałem na stanowisku oficera do 1982 roku, do marca.
MJP : Czy Pana żona mieszkała z Panem w Szczecinie?
AP : W [19]78 roku dostaliśmy mieszkanie w Szczecinie i przeprowadziliśmy się z Piechowic właściwie spod Szklarskiej Poręby, gdzie mieszkaliśmy u rodziców, gdzie nam się urodził mały synek. Przeprowadziliśmy się do Szczecina na własne mieszkanie i tam mieszkaliśmy właściwie do [19]82, a żona do [19]83roku.
MJP : Czy Pan był zadowolony z pracy?
AP : Naturalnie bo to było marzenie mojego życia. Być marynarzem i pływać, oglądać świat. Pływałem na bardzo dobrych statkach. Pływałem na tak zwanych dalekich liniach. Byłem w Japonii, w Stanach Zjednoczonych, w Kanadzie no i właściwie po całym świecie pływaliśmy. Tyle, że wtedy te warunki pracy były trochę inne niż dzisiaj, ale pływało się. Długo pływało się. Osiem miesięcy na morzu i trzy-cztery miesiące w domu, ale wtedy to sobie człowiek jak gdyby nie zdawał sprawy. Dla mnie ważną sprawą było pracować, pływać. Myślę, że byłem cenionym oficerem, kapitanowie mnie bardzo chętnie brali na swoje statki. Także byłem zadowolony.
MJP : Czy w tym czasie żona pracowała?
AP : Nie. Moja żona skończyła Uniwersytet Wrocławski, wydział prawa i tak się złożyło, że skończyła ten wydział w przeddzień narodzin naszego syna, po tym już nigdy się tym właściwie zawodowo nie zajmowała.
MJP : Chciałabym zapytać Pana o Pana działalność w Solidarności bo wiem, że Pan był członkiem Solidarności. Mógłby Pan nam opowiedzieć?
AP : No więc w sierpniu [19]82 roku [tak jest w nagraniu, powinno być 1980 roku] wszyscy właściwie moi przyjaciele, znajomi, współpracownicy zapisywali się do Solidarności. Ja też to zrobiłem. Byłem na statku Malbork i tam się zapisałem, byłem oficerem i tam się zapisałem do Solidarności. Osiemdziesiąt pięć procent załogi się zapisało do Solidarności w tym okresie. Nie pamiętam dokładnie, ale gdzieś od jesieni… od zimy 80 roku zacząłem pracować na statku Kopalnia Mysłowice, mięliśmy wybory i tam zostałem szefem Solidarności. Załoga miała dwadzieścia parę osób. I na tym statku Mysłowice z przerwą na urlop pracowałem do 13 grudnia 81 roku do wybuchu stanu wojennego. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że w październiku zorganizowaliśmy… w Polsce był ogólnopolski strajk prasowy, w październiku bądź listopadzie, nie pamiętam dokładnie daty. Statek wtedy stał w Murmańsku w Związku Radzieckim i myśmy na tym statku pod moim przewodnictwem zorganizowali strajk. Rosjanie zobaczyli pierwszy raz biało-czerwone opaski na statku, ale nic nie mogli zrobić. Także to było dosyć… ciekawostka. Pamiętam na przykład jak się jechało taksówką w Murmańsku, taksówkarze się pytali: Czy wy zdziełacie eta salidarność? Konieczna, my zdziełamy! Mówiliśmy do nich. No to zdziełajcie bo już żyć nie lzia! [uśmiech] Rosjanie tak do nas. Nie sądzę żebym teraz, po doświadczeniach odważył się na zorganizowanie w tym czasie w Związku Radzieckim strajku, za młodzi byliśmy żeby zdawać sobie sprawę z ryzyka.
MJP : A jak Pan pamięta sierpień 80 roku?
AP : Pamiętam sierpień [19]80 roku jako olbrzymią euforię
dlatego, że wszyscy się zapisywali na statkach. Statki były trochę specyficznym
zakładem pracy, takim prawie paramilitarnym. Służby specjalne miały dużą pieczę
nad marynarzami, ale w pewnej chwili te wszystkie okowy pękały i to było
zupełnie… wiedzieliśmy, że stało się coś już nie odwracalnego. Nie tyle w systemie
funkcjonowania państwa, ale w mentalności ludzi. Ludzie poczuli się wspólnie,
poczuli się gospodarzami Polski. Ja pracowałem w Polskiej Żegludze Morskiej w
grupie ludzi, którzy mieli zupełnie utopijną idee organizowania
przedsiębiorstwa. Nam się wydawało, że zorganizujemy parlament w
przedsiębiorstwie, tak zwany samorząd i my będziemy wybierać dyrektorów,
naczelników wydziałów, kapitanów itd., na zasadzie zwykłej demokracji, co w
żadnym przedsiębiorstwie państwowym, ani prywatnym nie funkcjonuje i nigdy nie
funkcjonowało, ale mieliśmy taką ideę. Podejrzewam, że właściwie ten ruch samorządowy,
to nie był tylko w moim przedsiębiorstwie, ale w kraju taki ruch był powszechny.
Ten ruch był największym zagrożeniem dla władzy komunistycznej, bo Związek Zawodowy
dawał przykrywkę temu, ale Związek Zawodowy wiadomo jakich się powinien trzymać
ram. Natomiast jak wiadomo komuniści, czy powiedzmy rządzący mieli
dziewięćdziesiąt dziewięć procent stanowisk pracy we własnym ręku. Mogli w ten
sposób ustawiać ludzi. Represjonować albo nagradzać. I myśmy doszli do wniosku,
że słuchajcie zrobimy tak, że to nie będzie źródło manipulacji – miejsce pracy,
że my pracownicy zrobimy samorząd. Okazuje się, że najlepszym przedsiębiorstwem
jest przedsiębiorstwo prywatne, gdzie jest właściciel, lub właściciele,
akcjonariusze i to funkcjonuje najlepiej. Żaden samorząd nigdzie nie
funkcjonuje dobrze. Troszkę samorządu jest w przedsiębiorstwach w Norwegii, jeżeli
jest przedstawiciel związków zawodowych w radzie zarządzającej, ale nie jest decydującym
głosem. Właściciel jest decydujący. No, ale takie były wtedy czasy. Drugą taką
historie pamiętam z okresu sierpnia [19]80 roku. W małej miejscowości, tam
gdzie mieszkaliśmy z dziećmi
w Piechowicach w tym czasie sklepy i półki sklepowe były zupełnie puste. Pamiętam
jak przywozili towar do sklepu chemicznego, na przykład proszki, to zbierało
się bardzo dużo mieszkańców i czekali aż się sklep otworzy. Oni najpierw muszą
przyjąć towar, otworzyć i potem po jednej paczce sprzedawali tym ludziom. I jak
gdzieś ktoś tam zauważył, że z tyłu się zaczyna ten proszek wynosić zrobił się
szum. To było gdzieś wrzesień-październik [19]80 roku. I obok przechodzi młody
człowiek z żoną, mieli małe dziecko w wózku, ale on miał znaczek Solidarności
na klapie i ci wszyscy spod tego sklepu zamiast wołać milicję to do tego
działacza Solidarności: „Panie, niech Pan tu przyjdzie i Pan tu wszystko
urządzi!” I rzeczywiście, na szczęście on był wysoki, postawny, przyszedł,
sprawdził czy nikt nie wynosi. Powiedział ludziom: „Nikt nie wynosi. Ustawić
się do kolejki”. Wszyscy go słuchali. Taki był sierpień [19]80 roku.
MJP : Po sierpniu przyszedł grudzień 12-13 grudnia. Pana działalność w tym czasie?
AP : Ja byłem przewodniczącym Solidarności na statku Kopalni Mysłowice. Dokładnie 13 grudnia wpłynęliśmy do portu Szczecińskiego przywożąc fosfaty z Murmańska. Po tym strajku, który zorganizowaliśmy w Murmańsku poszły oczywiście odpowiednie instrukcje i telegramy do przedsiębiorstwa.
MJP : Jak dotarła do Państwa wiadomość ?
AP : Nie pamiętam dokładnie jak to było. Wiem, że wpływaliśmy w takim nastroju dosyć, prawdopodobnie pilot nam to przyniósł albo jakieś telegramy poszły. Kapitan dostał pewnie instrukcje mówiące o tym, że Związki Zawodowe są zawieszone itd., itd. Pamiętam, że była zima, bardzo padało. Wpłynęliśmy do portu, to mógł być czternasty, czy z trzynastego na czternasty i zacumowaliśmy i nagle wokół statku zrobiło się cicho, ale widziałem z tego nabrzeża bramę wjazdową do portu. I widziałem oflagowaną bramę i stojących dokerów broniących bramy. I widziałem jak co jakiś czas przyjeżdżały wozy milicyjne i przewracały bramę i aresztowali tych co tam stali przy tej bramie. Wsadzali ich to tych… I odwozili do… gdzieś tam do miejsc aresztowań. Po jakimś czasie znowuż bramę ktoś naprostowywał, znowuż ci dokerzy stawali no i znowuż w nocy przyjeżdżała milicja i zabierała tych tam stojących, aż wreszcie przy tej bramie już nikt nie stał. Ja dostałem, że tak powiem rozkaz opuszczenia statku. Nikt mnie nie aresztował, ale wsiadłem w tramwaj i ze swoimi rzeczami przyjechałem do domu na Odzieżową 14 w środku Szczecina, na dziewiątym piętrze mieszkaliśmy. Pamiętam ten okres bardzo ciężko dlatego, że właściwie każde uderzenie w nocy drzwi w windzie, klatce schodowej stawiało nas na nogi, całą rodzinę, no bo spodziewaliśmy się bardzo represji, aresztowań itd. Ale po jakimś czasie zaczęło się to uspokajać, uspokajać. Były ogromne demonstracje w Szczecinie. Pamiętam poszliśmy pod pomnik w Stoczni Szczecińskiej, ale w dalszym ciągu wszyscy czuliśmy, ludzie wokół czuli, że jesteśmy wszyscy razem, że nic nam złego się na pewno nie stanie. Dopiero po tym przychodziły informacje o tym, że Komisja Krajowa jest aresztowana cała i właściwie zaczął się taki okres ciemnego terroru. Nie tyle takiego terroru namacalnego, że tam… ale to wszystko było bardzo takie ciężkie psychicznie do wytrzymania. Żołnierze na ulicach, prawda i... No i nagle się okazało, że w naszym przedsiębiorstwie poaresztowano, aresztowano Komisję Zakładową. Nawet mięliśmy jeden przypadek śmiertelny …. [niewyraźne słowa 14:07 minuta nagrania] zmarł na serce w czasie internowania. No i dowiedzieliśmy się, że Związki Zawodowe są nielegalne, zakaz zgromadzeń, mimo że się ludzie spotykali ciągle pod bramą szczecińską, ale tam stały czołgi, wojskowi i ci zomowcy. No taka sytuacja bardzo nie przyjemna.
MJP : Proszę opowiedzieć o swojej działalności wydawniczej.
AP : Więc działalność wydawnicza zaczynała się od tego, że ręcznie pisaliśmy widokówki, ja z paroma kolegami i kładliśmy [je] tam przy bramie szczecińskiej. I na tych widokówkach pisaliśmy takie rzeczy jak: nie martwmy się to jest tylko przejściowe, że trzeba się nie podporządkowywać tym władzom i robić swoje itd., itd. To wszystko się ręcznie pisało i kładło. Właściwie więcej dla własnej potrzeby niż z nadzieją, że ktoś to przeczyta i się jakoś zaangażuje. Natomiast po jakimś czasie, tygodniu, dwóch zaczęliśmy pisać na normalnej maszynie do pisania z kalkami Biuletyn Wojenny, który się rozchodził, ale się nie rozchodził w dużym nakładzie. We dwójkę żeśmy wydawali może dwadzieścia, trzydzieści egzemplarzy. Natomiast mieliśmy kontakty z elektrociepłownią, z portem.
MJP : Na czym polegały te kontakty?
AP : Kontakty polegały na sąsiedzkich kontaktach. Wiedzieliśmy, że ten pracuje, dostawał dwa, trzy egzemplarze. On mówił: to ja tam jeszcze powielę. I jakie było nasze zdziwienie, że rzecznik ówczesnego rządu, pan [Jerzy] Urban cytował, już nie pamiętam, jakieś tam fragmenty z tego naszego biuletynu, że ekstremiści z podziemia usiłują przewrócić państwo i piszą różne rzeczy, tam coś cytował, już nie pamiętam. Dla nas to była trochę satysfakcja oczywiście [uśmiech], że to jednak nie ginie.
MJP : Czy Pana działalność opozycyjna wiązała się z jakimś ryzykiem?
AP : No, wydawanie jakimś tam ryzykiem było. Prawda gdyby to był… pamiętam, że [robiliśmy to] w takim blokowym mieszkaniu, nie ma tam za dużo [miejsca] żeby schować, ale pamiętam miałem takie meble, gdzieś tam listwę się wyciągało i tam się wkładało te biuletyny, zamykało z powrotem w nadziei żeby tego nie znaleźli. Natomiast drugą częścią działalności była właściwie działalność taka… Chcieliśmy zorganizować pomoc dla rodzin, które były internowane i represjonowane i tę działalność prowadziłem jak gdyby w dwóch kierunkach. Jeden kierunek to był taki, że miałem kilku przyjaciół, którzy mieli fermę kur. Zawsze była duża ilość tych kur, pakowali do samochodu i w tych pierwszych tygodniach jeździliśmy po tych rodzinach i rozdawaliśmy. Największą wartość takiej pomocy stanowiło to, że ktoś się interesował, że się przyjeżdżało, że te żony mogły powiedzieć, że potrzebują to czy tamto, ktoś tam potrzebował jakieś pieniążki. A druga działalność to było zbieranie pieniędzy. I muszę powiedzieć, że zbieranie pieniędzy odbywało się u nas w przedsiębiorstwie w PŻM-ie [Polskiej Żegludze Morskiej] prawie jawnie, mało tego, organizowała to sekretarka, która pracowała w OPZZ-cie [Ogólnopolskim Porozumieniu Związków Zawodowych]. To był jedyny związek, który nie był zdelegalizowany. Ponieważ myśmy się znali z czasów Sierpnia, z przed stanu wojennego, wiedzieliśmy ze ona była zaangażowana, a ona była sekretarką w Związkach Zawodowych jeszcze w tych normalnych [Zrzeszenie Związków Zawodowych kierowane przez Centralną Radę Związków Zawodowych CRZZ] i tu jakimś cudem ją zatrzymali, a ponieważ to było biuro w przedsiębiorstwie, więc każdy tam ją znał. Ona zbierała tu prawie jawnie pieniążki. Bo trzeba pamiętać, że wtedy konta [prywatne] były poblokowane. Można było tak naprawdę dziesięć tysięcy wybrać pieniędzy. Także to był taki drugi typ działalności.
MJP : Czy Pana działalność miała jakieś negatywne następstwa? Aresztowania, pukanie do drzwi?
AP : Nie, nie, tak nie mogę powiedzieć. Poza tym, że człowiek był rzeczywiście w strachu, bał się, że to będzie bardzo przykre. Ja przeżyłem kiedyś rzeczywiście strach, ale to przed Solidarnością jeszcze, zupełnie nie oczekiwanie, to może w jakiś sposób charakteryzuje, w jaki sposób milicja działała i to jeszcze przed sierpniem. Mianowicie byłem trzecim oficerem na jednym ze statków i wtedy był taki zwyczaj, żeby zamustrować, zapisać na listę mustrującą na statek członków załogi trzeba było pójść z książeczkami żeglarskimi, które zastępowały paszport do Urzędu Morskiego danego portu, w tym wypadku w Gdańsku Nowy Port i tam powpisywać tych członków załogi w specjalny formularz listę załogi. Taka była procedura. Ja jako najmłodszy oficer dostałem plik książeczek żeglarskich i poszedłem do zarządu portu, powpisywaliśmy wszystkich. Wracając z tego statku miałem jeszcze do promu jakąś godzinę, bo to prom przewozi na drugą stronę Westerplatte, wstąpiłem do barku na piwo, zamówiłem sobie piwo, położyłem na stoliku te paszporty tu z tej strony, tu sobie piwo [wskazuje rękoma] i widzę, że przy następnym stoliku idzie chłopczyk, który sprzedawał gazety. Dziesięć lat mógł mieć ten chłopczyk. Pewnie kupił w kiosku i chciał sobie zarobić na lizaka, taki był zwyczaj. I widzę, że ten chłopczyk stoi i płacze, jest roztrzęsiony, i jakiś tam mężczyzna go trzyma za tą… Ode mnie jakieś trzy metry. I trochę się zdenerwowałem i mówię: „Zostaw chłopca! Co ty chcesz od tego chłopca?” On się nagle zerwał, przyszedł do mojego stolika, pokazał mi, że jest z milicji, czuć od niego było mocno alkoholem, i mówi: „Aresztuję cię. A co to są?” I zaraz zabrał mi te książeczki żeglarskie, i musiałem z nim iść. Zabrał mnie do komisariatu w Nowym Porcie i tam przeżyłem taki moment, najpierw mi kazał czekać ze trzy godziny zanim mnie w ogóle łaskawie przyjął a tu wszystko zakratowane, czułem się bardzo dobrze (z ironią w głosie). Potem zaczął robić przesłuchanie i w pewnej chwili wyciągnął pistolet i przystawił mi do głowy pistolet: „Wiesz co, ja cię mogę w każdej chwili zastrzelić”. No to wtedy się bałem. Wtedy się bałem.
MJP : W [19]81 w grudniu zaczął Pan wydawać Biuletyn Wojenny. Wypłynął Pan z Polski w [19]82 roku. Koniec roku, początek roku?
AP : Początek roku, marzec. Właściwie od stanu wojennego, jako że byłem przewodniczącym Solidarności na Kopalni Mysłowice, nie dostałem pracy, byłem trzymany na lądzie. Różnica między wynagrodzeniem na lądzie i na statku była jak 1:3. Także myśmy żyli z tego, że się pływa, pracuje. Natomiast ja nie dostawałem statku i tak naprawdę odmawiano mi pracy. W związku z tym trochę się bałem, że mogę w ogóle stracić możliwość pracy. Ja skończyłem w międzyczasie kurs kapitana żeglugi małej z drugą lokatą i zwyczaj był taki, że dostaje się stanowisko starszego oficera natomiast, ale nie dostałem tego stanowiska, nie dostałem awansu dlatego, że wszyscy wiedzieli, że ja działałem w Solidarności.
MJP : Czyli były jednak jakieś negatywne…?
AP : No tak, tak, tak. No, ale też inni koledzy, którzy nie byli z drugą lokatą nie dostali też tego stanowiska także to, to… No ale to były rzeczywiście w jakiś sposób represje i ucieszyłem się jak mi powiedzieli w marcu: „no teraz możesz pójść na statek m/s Rolnik, ale za drugiego oficera, nie za starszego oficera” i przyjąłem tę pracę. Wiedziałem, że właściwie to jest wyjazd w jedną stronę. Dlaczego? Dlatego, że mięliśmy kontakt z elektrownią Dolna Odra i tuż przed wyjazdem dostaliśmy informację, że tam się zaczynają aresztowania. Okazało się później, że to zupełnie było z innego powodu, nie z powodu Biuletynu, nie z powodu tej organizacji, tylko ktoś tam został aresztowany. Także pomyślałem sobie, że właściwie nie powinno się już wracać bo… no trochę się bałem o siebie, o swoją rodzinę, a poza tym trzeba pamiętać taką rzecz, że zejście ze statku oficera jest pewnym protestem w stosunku do systemu. Utrudnia jak gdyby prowadzenie floty, bo trzeba sobie wyobrazić, że w wielu wypadkach schodziło tam trzech, czterech oficerów, w związku z czym nie było pełnej załogi. Wtedy z Portu Zachodniego statek nie mógł wypłynąć. A więc to był jakiś protest przeciwko temu co się w Polsce dzieje. Nie ma innej możliwości, w związku z tym ludzie schodzą.
MJP : To było rozumiem bezpośrednią, ta sytuacja, przyczyną Pana wyjazdu?
AP : Tak, Tak. W sumie tak. W sumie bezpośrednią, dlatego że wtedy nikt nie wiedział jak to się skończy, prawda. Te represje jak one będą dalekie, jak one będą intensywne. A poza tym trzeba pamiętać taką rzecz, że bardzo niewielka grupa ludzi w podziemiu była ze sobą związana jakąś siecią, [objęta] ochroną w jakiś sposób. Bardzo duża część była takich akcji indywidualnych. Nasza akcja była zupełnie indywidualna. Myśmy pieniądze zbierali może w czwórkę, piątkę. Wiedzieliśmy o sobie nawzajem. A Biuletyn pisaliśmy w dwójkę. Ja pisałem, pseudonim Czuma i pisała moja koleżanka, pseudonim Lancelot, i to wszyscy, prawda. Jak by kogoś z nas zdjęli to nikt by się za nami nie ujął, prawda.
[25:39]
MJP : Czy może Pan powiedzieć kto się pod tym pseudonimem Lancelot krył?
A P : Lancelot- Jola Maciejewicz, żona Janusza Maciejewicza, działacza Solidarności Pomorza Zachodniego przez pierwsze lata.
MJP : Chciałam zapytać jak zapadła decyzja o wyjeździe? Czy Pan rozmawiał z żoną? W jakich okolicznościach to było?
AP : Nie, to nie było na zimno. Wyjeżdżając zakładałem, że będzie taka sytuacja prawdopodobnie, że będzie trzeba żonie zostać. Pierwszym portem, jak pamiętam, po wyjeździe z Polski był Caen we Francji, w Normandii. Pamiętam, miałem ze sobą, mam nawet kopię, trochę materiałów z Polski, co się dzieje, opisów i między innymi miałem listę ludzi represjonowanych po to, żeby to wywieźć na zachód, żeby był jakiś odzew z zachodu. Wszystkie te materiały, w tym Caen, włożyłem w kopertę i dałem takiemu zaufanemu człowiekowi, który się przedtem z nami spotykał przed sierpniem, którego znałem. Pan Antoni były żołnierz z oddziałów [gen. Stanisława] Maczka, który mieszkał we Francji od okresu zakończenia wojny. I zostawiłem mu te wszystkie materiały, i on mówi: „Dobrze, ja to wszystko wyślę do Paryża do Komitetu Solidarności”. Drugim portem po dwóch tygodniach był Narvik i wtedy zdecydowałem właściwie, że trzeba zostać dlatego, że represje są aż tak duże i że... Poza tym, jak mówię, też to jakiś protest był.
MJP : Konsultował Pan tą decyzję z żoną?
AP : Nie
MJP : To była Pana decyzja?
AP : To była decyzja… Trzeba pamiętać, że nie było możliwości, nie było połączenia z krajem. Pierwsze słowa po norwesku, których się nauczyłem, to jest jak podnosiłem słuchawkę telefoniczną i tam było: [ wypowiada komunikat w języku norweskim], do dzisiaj pamiętam.
MJP : Proszę przetłumaczyć.
AP : Bardzo przepraszamy ale wszystkie połączenia z Polską są przerwane.
MJP : Czy ktoś z Pana rodziny bądź znajomych wcześniej emigrował? Czy Panu to pojęcie „emigracja” było…
AP : Nie, nikt z mojej rodziny nie emigrował i to pojęcie było [dla] mnie trochę obce, niemniej jednak trzeba pamiętać, że marynarze zawsze się czuli może nie trochę bardziej wolni, ale nie czuli się obco. Marynarz to jest taki człowiek, który się powinien wszędzie dobrze czuć. Mnie się trochę wydawało, że Norwegia kraj marynarzy i tu będzie lżej jak trzeba będzie zaczynać, ale jest to skok taki, w taką otchłań, przestrzeń, człowiek nie wiedział właściwie jak to będzie.
MJP : Czy Pan się w związku z tym obawiał czegoś?
AP : Znaczy muszę powiedzieć taką rzecz, że w momencie kiedy… Bo procedura zejścia wyglądała w ten sposób, że pierwszego dnia w Narviku skontaktowałem się z norweskimi Związkami Zawodowymi, pytałem się co ja mam zrobić. A taki szef mówi: „No to trzeba pójść na policję”, poszedłem na policję i poprosiłem o azyl. I oni mnie wtedy zamknęli w celi na policji. Powiedzieli: „To będzie najbezpieczniej”. Oni taż mają takie procedury. I w tej celi wbrew wszystkim pozorom to całe napięcie od grudnia [19]81 roku, od momentu stanu wojennego ze mnie spłynęło.
MJP : Ja chciałam zapytać dlaczego Norwegia? Dlaczego nie Francja na przykład?
AP : No właśnie, ja tego też do końca sam nie wiem, ale tak mi się wydawało, że to… że może przeciągałem jak długo można było, żeby zostać na polskim statku.
MJP : A czy pływał Pan wcześniej do Norwegii?
AP : Tak, tak
MJP : Znał Pan Norwegię?
AP : Tak, tak, tak. Do tego Narviku żeśmy pływali parę razy wcześniej.
MJP : Czyli Norwegia nie była Panu obca?
AP : Nie
MJP : Jak długo wcześniej Pan stacjonował w Norwegii?
AP : No to też na parę dni się ładowało tam tą rudę w Narviku i do kraju albo gdzieś do Europy.
Monika Sokół-Rudowska: A proszę mi powiedzieć jaki stosunek do Pana działalności politycznej w Polsce miała Pana żona?
AP : No więc moja żona nigdy nie protestowała, ale wiem, że się bała i wiem że nie była do tego entuzjastycznie nastawiona.
MJP : Pana syn w tym czasie miał ile lat?
AP : No, on jest urodzony w [19]73 roku, w związku z tym wtedy miał dziewięć lat, osiem.
MJP : Czy miał Pan jakieś nieprzyjemności?
AP : Nie, nie. Mało tego, syn opowiadał potem w klasie wszystkim: „a mój tato został w Norwegii”. I wszystkie dzieci się cieszyły. Także nie można powiedzieć, szkoła była bardzo dobra, imieniem też - Konstantego Maciejewicza. I oni mieli tam na przykład stopnie w szkole. Mój były kapitan był tam, pasował na bosmanów te wyższe klasy, także bardzo ładna szkoła w Szczecinie, na Odzieżowej. Jedyne represje jakie moja żona potem miała, to [były] takie, że wtedy były kartki żywnościowe, jak Panie wiecie i dostawała kartki dla niepracujących. Bo jak człowiek pracował to ona miała prawo pójść do mojego przedsiębiorstwa i dostać, a jak nie była pracująca to musiała pójść na drugi koniec miasta i tam było dużo ludzi, którzy nie pracowali, niebieskie ptaki i inni, którzy tam dostawali z łaski te kartki i tam moja żona się czuła bardzo poważana [ z ironią w głosie].
MJP : Chciałam zapytać czy pamięta Pan datę, kiedy Pan przybył do portu w Narviku?
AP : Tak, to był 22 marzec [19]82 roku, 23 zszedłem.
MJP : W tym czasie ile miał Pan lat?
AP : 32
MJP : Czy myślał Pan, że ten wyjazd będzie na stałe, czy też myślał Pan, że za jakiś czas Pan wróci?
AP : Nie myślałem w ogóle jak to będzie. Mówiąc szczerze człowiek był tak emocjonalnie naładowany tym wszystkim to po pierwsze myślałem sobie też, że trochę będzie można zrobić z tego Narviku, bo tam przypływają polskie statki, dla ruchu Solidarność, a trochę sobie myślę: trzeba będzie rodzinę wyciągnąć stamtąd. Jakaś tam szansa była, chociaż na początku wyglądało to bardzo nieciekawie. Trzeba pamiętać też, że to nie było tak i pewnie dzisiaj też nie jest tak, że Norwegowie automatycznie dawali nam azyl polityczny, to jednak trwało jakiś czas. Zszedłem w marcu, a w październiku dostałem azyl dopiero. Od tego momentu dopiero zacząłem staranie o tak zwane połączenie rodziny, zgodnie z prawem międzynarodowym, familie…[norweskie wtrącenie] się po norwesku to nazywa. I wtedy dostałem chyba w listopadzie takie pozwolenie na to, żeby sprowadzić rodzinę do Norwegii. I [od] tego momentu zaczęło się staranie o to, żeby rodzina do Norwegii przyjechała.
MJP : Udało się?
AP : No, udało się, udało się. Ale jak mówię ten okres od gdzieś listopada do grudnia następnego roku był dla mnie bardzo ciężki.
Część II
MJP : Bardzo proszę aby Pan opowiedział o swojej podróży do Norwegii. Kiedy, w jaki sposób Pan dotarł i czy to była podróż etapami, czy bezpośrednia?
AP : No więc tak, po 13 grudnia jak zostałem wymustrowany ze statku jako przewodniczący tamtejszej Solidarności, nie dostawałem możliwości pracy w przedsiębiorstwie, czyli jak gdyby możliwości pływania do marca i z jakiegoś powodu bliżej nieokreślonego w marcu [19]83 roku zaproponowano mi stanowisko drugiego oficera na statku mającym wypłynąć z kraju. Rejs miał być…
MJP : Polski statek?
AP : Polski statek „MS Rolnik”. Statek miał wypłynąć ze Szczecina do Caen we Francji północnej, a następnie do Narviku i z powrotem do Polski. W kręgu ludzi, z którymi się zajmowałem rozpowszechnianiem Biuletynu Wojennego, doszły nas informacje, że zaczęły się aresztowania. W związku z tym zakładałem, że być może nie wrócę z tego rejsu, zostanę za granicą.
MJP : To było jeszcze przed wypłynięciem?
AP : Przed wypłynięciem takie informacje dochodziły. W czasie rejsu nie było prawie żadnego kontaktu.
MJP : Ja zapytam, przepraszam, czy przed wypłynięciem poinformował Pan żonę, że być może będzie to rejs w jedną stronę?
AP : Myśmy rozmawiali ze sobą na ten temat w ciągu całego stanu wojennego, że być może będzie taka konieczność, że w pewnej chwili trzeba będzie zostać za granicą.
MJP : Czyli żona wiedziała, że..?
AP : Żona była przygotowana w jakiś sposób, ale dla niej to też było bardzo trudne bo w momencie kiedy w Narviku zszedłem ze statku pierwszą rzecz jaką zrobiłem, wysłałem telegram do domu. Telefony nie działały, ale można było wysłać telegram. I żona dostała telegram: Zostałem w Narviku. Wszystko dobrze. I dla niej to był mimo tego przygotowania jakiś szok.
MJP : Jak długo trwała podróż? Bo najpierw była Francja…
AP : Najpierw była Francja. Ja nie pamiętam dokładnie, ale jakiś półtora tygodnia z Francją.
MJP : Jak wyglądały pierwsze dni po przyjeździe Pana do Narviku?
A P : No sam fakt zejścia polegał na tym, że najpierw się skontaktowałem ze związkami dokerów w porcie Narvik, z przewodniczącym tego związku poszedłem na policję, policja mi zaproponowała nocowanie w celi, w areszcie, bo taką mają procedurę, policja odebrała ze statku dokumenty i moje rzeczy osobiste, następnie dostałem pokój w hotelu w Narviku, potem przeniosłem się do pensjonatu i w międzyczasie przez przyjaciół udało mi się wynająć pokój w pobliżu Narviku, w którym mieszkałem do momentu kiedy wyjechałem z Narviku w 1983 roku.
MJP : Czy na Pana ktoś czekał w tym czasie, czy była jakaś osoba, która opiekowała się Panem?
A P : W Narviku?
MJP : Tak
A P : W Narviku była taka sytuacja, że najpierw był ten przewodniczący związku, z którym się kontaktowałem, który mnie zapraszał do domu. Bardzo dużo sympatycznych odruchów dostałem od tego politimester czyli policjanta, komendanta policji w Narviku, Martisen się nazywał. Dostałem bezpośrednią pomoc od biura socjalnego w Narviku, z którą utrzymuję, z tą panią, do dzisiaj kontakt. Ośrodkiem, z którego dostałem bardzo dużo życzliwości był kościół marynarski, który się nazywa svensk sjømannskirke w Narviku, gdzie pastorem był mój rówieśnik I. Hansen, z którym mamy kontakt do dzisiaj. Niezaprzeczalnie największą więź mam z przyjaciółmi: Krzysztofem Domańskim i Trine Than, którzy byli architektami z Oslo pracującymi w Narviku i z nimi jesteśmy jak rodzina do dzisiaj.
MJP : Czy wobec Pana ktoś był nieżyczliwy?
AP : Nie., nie warto wspominać, bez znaczenia zupełnego.
MJP : Chciałabym zapytać: czy w tym czasie kiedy Pan schodził ze statku, były osoby, które też z tego statku zeszły, inni marynarze?
AP : Akurat z tego statku nie, nikt. Chyba tydzień wcześniej z poprzedniego statku, który był w Narviku zszedł oficer mechanik, z którym miałem kontakt później.
MJP : Został w Norwegii?
AP : On został w Narviku i przeniósł się później do miasta w pobliżu, które się nazywa Harstad gdzie był takim… bardzo dużo pomagał w klasztorze polskich Elżbietanek. Proszę pamiętać, że polskie Elżbietanki w latach pięćdziesiątych przyjechały do Skandynawii i prowadziły różnego rodzaju szpitale czy hospicja nawet. Jednym z takich szpitali-hospicjów był w Harstad.
MJP : Pamięta Pan jego nazwisko?
AP : Nie
MJP : Czy zaraz po przyjeździe utrzymywał, miał Pan kontakty z Polską? Jeżeli tak, to z kim i w jaki sposób?
AP : Zaraz po przyjeździe miałem kontakt przez moich kolegów i przyjaciół ze statków polskich, które zawijały do Narviku, więc przekazywałem im listy do rodziny i gadżety z Solidaritet Norge-Polen. Pisałem trochę informacji, które sam miałem przesyłane z Paryża lub z Oslo do Narviku. Pisałem to po polsku, przemycałem na te statki. Czasami spotykaliśmy się na statku, a czasami spotykaliśmy się na mieście w Narviku. Także w taki sposób kontakt był dosyć dobry. Tak to można powiedzieć.
MJP : Jak często przypływały statki z Polski?
A P : Na początku, ja myślę, raz na dwa tygodnie, raz w miesiącu był polski statek.
MJP : A jakie znaczenie miały dla Pana te kontakty?
AP : Olbrzymie, dlatego że miałem poczucie, że coś jeszcze daję robić, że nie jestem jak gdyby w próżni, że w jakiś sposób ta działalność, która była tak intensywna w stanie wojennym [jest] kontynuowana. Nie wszyscy z tych kolegów i znajomych moich byli zaangażowanymi członkami Solidarności, ale część, z którą się znaliśmy z tejże działalności brała udział w przemycaniu informacji do kraju.
MJP : Nie myślał Pan żeby wsiąść na jeden z tych statków wracających do Polski?
AP : Muszę powiedzieć, że liczyłem się z taką możliwością jak było mi bardzo ciężko na przełomie 82/83. Gdyby na przykład doszło do takiej sytuacji, że nie byłoby szans na to, żeby moja żona z synem wyjechała z Polski, to rozważałem taką możliwość, żeby po prostu wrócić do kraju.
MJP : Jak długo Pan mieszkał w Narviku?
AP : Ja w Narviku mieszkałem rok. Dokładnie do marca [19]83 roku.
MJP : Co było po 83?
AP : Po 83 roku dostałem pracę jako marynarz na statku, który zawijał do Porsgrunn niedaleko Oslo, a moi przyjaciele, dzisiaj rodzina, Krzysztof Domaniewski i Trine Than skończyli pracę w Narviku i przyjechali do swojego domku w Oslo, wynająłem u nich pokój i w ten sposób się przeniosłem do Oslo.
MJP : W Narviku z czego Pan żył?
AP : W Narviku żyłem głównie z mojej pracy. W tych miesiącach, gdy nie miałem pracy dostawałem zapomogę z działu socjalnego.
MJP : A gdzie Pan pracował w Narviku?
AP : W Narviku pracowałem jako vikar (zastępstwo) w lecie [19]82 roku na promach norweskich w północnej Norwegii. Od listopada pracowałem na statku, małym transportowcu, który się nazywał Skogøy, czyli Leśna Wyspa, dosyć znany w tamtym środowisku mały stateczek.
MJP : Czy w tym czasie musiał Pan skończyć jakiś kurs, szkolenia, żeby móc pracować?
AP : Nie, ja miałem dosyć wysoki dyplom oficerski i dostałem pracę na tej zasadzie, że oni sobie zdawali sprawę, że to jest…
MJP : Uznawali ten dyplom?
AP : Można powiedzieć, uznawali, że mogę pracować jako marynarz.
MJP : Jak odbierał Pan Norwegów, których Pan poznał zaraz po przyjeździe? Jaki był Pana stosunek do Norwegów i do samej Norwegii?
AP : Bardzo pozytywny. Norwegowie naprawdę i w przypadkowych kontaktach i w takich kontaktach dłuższych okazali się ludźmi bardzo miłymi, wyrozumiałymi, uważającymi, żeby mnie nie urazić jakimś niepotrzebnym słowem. Także bardzo jestem… Mam bardzo miłe wspomnienia z tego okresu.
MJP : A z czym miał Pan najwięcej problemów?
AP : Oczywiście z językiem. Uczyłem się… pierwsze moje lekcje norweskiego polegały na tym, że z książki telefonicznej czytałem instrukcję obsługi telefonu. Na początku w ciągu trzech miesięcy [mówiłem] do Norwegów, że ja lærte meg selv Noszk. Opowiadałem też taką anegdotę Norwegom, jak się mnie pytali: no, a jak ty z norweskim językiem sobie radziłeś? Ja mówię: norweski język jest bardzo prosty. Wystarczy znać trzy słowa:, nettopp, akkurat, si du det. Si du det znaczy: co ty powiesz, nettopp znaczy: właśnie, a akurat znaczy akurat to samo co po naszemu. I wyobraźcie sobie, że jadę kiedyś na tych promach gdzie pracowałem do Narviku, dwie godziny takim trajlerem i jest strasznie gadatliwy Norweg- rzadkość. I on gada, gada, gada, gada, ja nic nie rozumiałem, i jak przestał rozmawiać i patrzy się na mnie to ja mówię: „akurat”, no to on dalej gada, gada. Za chwilę przestał gadać, też się na mnie patrzy ja mówię: „si du det”, no to on znowuż uśmiechnięty. Jak dojechaliśmy do Narviku po dwóch godzinach mówi: „Słuchaj, a jak ty długo jesteś w Norwegii właściwie?” Ja mówię: „No, trzy miesiące”. „To ty znasz perfekt norweski!” Mówi do mnie.
MJP : Czego panu najbardziej brakowało?
AP : Więc tak, najbardziej brakowało mi rodziny i mojego mieszkania, przyjaciół, ale też muszę powiedzieć, że najbardziej mi brakowało środowiska w pracy, bo po jedenastu latach pracy w Polskiej Żegludze Morskiej byłem znany. Ktoś mnie tam znał, wydawało mi się, ze byłem dobrym oficerem, kurs kapitana zrobiłem z drugą lokatą, a więc byłem ceniony i… tego brakowało. W pewnej chwili człowiek jest taką carte blanche, że nikt nic o tobie nie wie, nie wie skąd ty jesteś. Mówią : „no Polak, ale u was to… dużo Polaków, 40 milionów, prawda?”
MJP : Jak wyglądało Pana późniejsze życie po wyjeździe z Narviku?
A P : Przyjechałem do Oslo, pracowałem na statkach wożących gaz między Anglią a Norwegią. Towarzysko Oslo w porównaniu do Narviku okazało się bajką, bo nowi ludzie, Solidaritet Norge-Polen, Bjorn Cato Funnemark. Następnie Polsko-Norweskie Towarzystwo Kultura, przewodniczącą była pani Gabi Bogusławska i Jacek Juniszewski i cała grupa z tym związana. Prowadziliśmy bibliotekę, mieliśmy razem wyjazdy w góry. Środowisko szalenie ciekawe. Jacek Kaczmarski przyjeżdżał, przecież dużo aktorów tutaj przyjeżdżało. Życie kulturalne, towarzyskie było naprawdę bardzo przyjemne. Trzeba powiedzieć o tym, że w owym czasie było parę organizacji tutaj w środowisku norweskim. Taka jak gdyby najstarsza organizacja, to była organizacja przy ambasadzie PRL, która się nazywała „Polonia” i tam też były władze i Norwegowie czy Polacy należeli. Taką przeciwwagą tej organizacji okazała się później PNTK „Kultura”, która od [19]83 zrzeszała ludzi, którzy nie bardzo mieli jakiś kontakt z ambasadą PRL. Była też ogromna organizacja pro Solidarnościowa – Solidaritet Norge-Polen, zrzeszała zarówno osoby prywatne jaki i całe Związki Zawodowe. Oni mieli w tamtym okresie większość central związkowych w swoich szeregach. Było bardzo dużo imprez. Jakoś nam ten brak kontaktu z krajem wynagradzała kultura, przez to organizowanie spotkań, filmów. Oslo było naprawdę dobrym miejscem do mieszkania dla emigrantów po solidarnościowych.
MJP : Czy organizacja „Polonia” była ilościowo… podobna do „Kultury” czy była większa?
AP : Ja myślę, że była większa. Jak dużo większa? Nie wiem. To nie znaczy, że wszyscy członkowie „Polonii” byli pro komunistyczni, ale porostu chcieli dzieci wysłać na wakacje w tym okresie do dziadków, a to jakoś można było zrobić łatwiej. Ciekawostką jest to, że w latach chyba dziewięćdziesiątych, pod koniec lat dziewięćdziesiątych „Polonia”, członkowie „Polonii”, połączyli się z „Kulturą” i pod nazwą PNTK „Kultura” organizowali parę wieczorków tanecznych. Myśmy organizowali wieczorki taneczne, żeby zrobić trochę pieniędzy na to żeby można było zakupić filmy, utrzymać naszą bibliotekę, mieliśmy Polską bibliotekę bardzo ładną. Ale w jakimś czasie, gdzieś na początku lat dwutysięcznych potrzeba istnienia organizacji polonijnej coraz bardziej się zmniejszała, dlatego że ludzie mieli zupełnie przyzwoity kontakt z krajem, wyjeżdżać można, nie ma granic w tej chwili, każdy ma telewizję polską w domu.
MJP : Czy wtedy miał Pan kontakty z emigrantami z innych krajów?
AP : W tym okresie przed [19]89 przyjeżdżało dosyć dużo emigrantów z Paryża. Tutaj Jacek Kaczmarski na przykład był, czy Mirek Chojecki bardzo często. Także to był kontakt z tymi emigrantami. Jeśli chodzi o emigrację angielską, to [jako] ciekawostkę powiem, że z Anglii przywieźliśmy, ja przywiozłem, pracując na statkach do przewozu gazu, kilkaset tomów książek z angielskiej biblioteki polonijnej, tutaj do naszej biblioteki PNTK „Kultura”. Też ciekawostką jest, że pracowała grupa inżynierów angielskich, pochodzenia polskiego, młodych chłopców, którzy zostali wywiezieni w czasie wojny z Kresów w głąb Związku Radzieckiego przez Bolszewików i później z Armią Andersa przez Palestynę i Włochy wyjechali do Anglii. Tam zdobyli wykształcenie i jako Anglicy później pracowali w firmach budujących wieże platformy. Tadeusz Andruchów, nasz wspólny znajomy, razem z nimi pracował, takie losy Polaków tutaj w Oslo również obserwowaliśmy.
MJP : Jakie wydarzenia w Pana życiu w Norwegii były takimi kamieniami milowymi?
AP : No, więc jeśli chodzi o takie społeczne wydarzenie, to wydarzeniem takim było to, że Lech Wałęsa dostał Nobla. To było w [19]83 roku dla nas takie...Dla nas mieszkających tutaj w Norwegi Polaków to była taka olbrzymia nobilitacja i nie ma co ukrywać, że myśmy czuli się tak dumni, że jesteśmy Polakami, że ani wcześniej, ani później się już to nie zdarzyło. A z rodzinnego punktu widzenia, no to przyjazd mojej rodziny do Norwegi, że mimo tego, że tam…, że było trudno, to jesteśmy razem.
MJP : Chciałabym teraz zapytać Pana właśnie o działalność… Pana działalność w organizacjach społeczno-politycznych w Norwegi, bo Pana rodzina w tym czasie była w Polsce, prawda?
AP : To lato [19]83 roku było bardzo intensywne, jak pamiętacie, był ogólnoświatowy strajk głodowy na rzecz uwolnienia więźniów politycznych w Polsce i to było koordynowane przez Brukselę chyba wtedy i przez [Jerzego] Milewskiego, biuro koordynacyjne Solidarności z zagranicy. I jednego dnia, czy jednego weekendu, prowadziliśmy strajk głodowy. Byłem współzałożycielem organizacji tego strajku i uczestnikiem razem z Bjornem Cato Funnemark, wspomnieć też trzeba o Bożenie Rasmusen, która również w tym brała udział i wielu innych Polaków, którzy tutaj byli. Prowadziliśmy chyba trzy dni strajk głodowy na Placu Ratuszowym, który jak się okazuje był pewnym sukcesem politycznym. Różne projekty indywidualne prowadziłem z Solidaritet Norge-Polen. Natomiast później byłem przez jakiś czas członkiem zarządu w organizacji Polsko-Norweskie Towarzystwo Kulturalne „Kultura”, gdzie przewodniczącym był Jacek Juniszewski i pani Gabi Bogusławska.
MJP : Czy wyjazd z Polski Pana syna i Pana żony był łatwy, trudny? Były problemy?
AP : Były problemy. Przede wszystkim żona moja pięć razy dostała odmowę w związku z czym sytuacja była bardzo trudna. Po to żeby mogła się utrzymać w Polsce przemycałem pieniądze z Norwegii na utrzymanie mojej rodziny. Ona została bez środków do utrzymania. Poza tym pozwolili żonie wyjechać pod warunkiem, że się zrzekniemy mieszkania. Cały nasz jedenastoletni dorobek został w kraju. Także była to strata naszego dorobku jedenastu lat pracy.
MJP : Pana żona przyjechała w którym roku?
AP : W [19]83. W grudniu 83 roku, na początku grudnia, czwartego grudnia przyjechali.
MJP : Jak wyglądała podróż Pana żony?
AP : Podróż wyglądała w ten sposób, że ze Szczecina do Świnoujścia do promu odwieźli ją przyjaciele z tymi resztkami dobytku, które jej zostały. Natomiast ja byłem na statku w tym czasie. Nie mogłem się zwolnić. A po moją żonę pojechali przyjaciele: Krzysztof Domański i Trine Than i przywieźli ją do Oslo. Zamieszkała z synem u nich w domku i chyba następnego tygodnia przywieźli ją do mnie na statek, bo statek akurat stał w Porsgrunn pod Oslo, i tam żeśmy się zobaczyli i tam zgoliłem moją protest brodę.
MJP : Pana żona jak długo czekała na pracę, czy starała się o pracę? Syn poszedł do szkoły…?
AP : Syn poszedł do szkoły, natomiast żona poszła na kurs norweskiego…
MJP : To była, przepraszam, szkoła norweska dla syna czy szkoła polska?
AP : To była szkoła norweska w Uranienborg, w centrum miasta, gdzie władze miasta zorganizowały taką klasę dla dzieci uchodźców politycznych. Dzieci zaczęły edukację w języku polskim, tam byli polscy nauczyciele i stopniowo przechodziły na język norweski, i w momencie kiedy syn poczuł się już dobrze mówiący po norwesku, przeniósł się tutaj do najbliższej komunalnej szkoły podstawowej.
MJP : A żona?
AP : A żona poszła na kurs norweskiego organizowany przez chyba Friundervisning, tam był polski wykładowca, który dobrze prowadził. Ja tam byłem z doskoku, tylko jak [miałem] wolne ze statku, natomiast żona przeszła cały kurs norweskiego.
MJP : Po kursie udało się znaleźć pracę?
AP : Po kursie poszła na taki kurs przysposobienia do pracy, który organizowany jest tutaj w Norwegii i potem pracowała w bibliotece przez jakiś czas, w ramach tego przysposobienia do pracy. No i potem tam gdzie pracuje do dzisiaj.
MJP : Łatwo jej było się zaaklimatyzować czy jednak ta aklimatyzacja była dosyć trudna dla niej?
AP : Mnie się wydaje, że to było bardzo trudne dla niej. Dzięki temu, że mieliśmy tu przyjaciół, że właściwie to było tak… bardzo dobry krąg przyjaciół jak Gabi Bogusławska i Trine Than.
[11:39]
MJP : Oni Państwu pomagali, tak?
AP : Bardzo. No, my jesteśmy jak rodzina do dzisiaj. Najtrudniej uważam przeżył aklimatyzację mój syn. W szkole norweskiej był jednak mobbing. Dzieci są okrutne czasami i jeżeli czują, słyszą inaczej… Myśmy sobie z tego nie zdawali sprawy, aż w końcowych klasach szkoły podstawowej … bardzo się tym martwiliśmy, rozmawialiśmy z wychowawcami. Igor, mój syn odżył w szkole średniej, gdzie wykazał się dobrymi [wynikami] nauki, natomiast w szkole podstawowej miał bardzo ciężki okres i powiedziawszy szczerze gdybym wiedział, że będzie miał mój syn taki ciężki okres to nie wiadomo czy bym się zdecydował zostać. Po prostu człowiek sobie nie zdaje z pewnych rzeczy sprawy, a ryzyko jest olbrzymie, bo stawką jest życie dziecka, prawda?
MJP : Pana syn jak przyjechał do Norwegi to poszedł do pierwszej klasy szkoły podstawowej?
A P : Do czwartej klasy. I do końca, jeśli chodzi o matematykę i fizykę, do końca szkoły podstawowej w ogóle się nie uczył, dlatego że poziom nauki w Polsce w stosunku do szkoły podstawowej w Norwegii był dużo wyższy.
MJP : A jak ocenia Pan swoją obecną sytuację? Czym się pan teraz zajmuje?
AP : Bardzo dobrze oceniam. Jestem emerytem od prawie roku. Nie muszę już pływać, nie muszę już zostawiać rodziny, emerytura jest zupełnie przyzwoita, można przeżyć. No cóż, jestem trzy razy w tygodniu prywatnym kierowcą mojej żony, [zawożę ją] do pracy, dwa razy w tygodniu jestem kucharzem, bardzo lubię przyrządzać ryby. Chodzę na kurs nauki gry na gitarze, zrobiłem niedawno kurs żeglarski, bo moim marzeniem jest żeglowanie po Morzu Śródziemnym jachtem własnym, wyczarterowanym, czy wynajętym. Także bardzo mi się to podoba.
MJP : W którym roku po raz pierwszy Pan przyjechał, odwiedził Polskę?
AP : W [19]89 pierwszy raz. Wrażenia niesamowite…
MJP : Z rodziną czy sam Pan był?
AP : Nie, z rodziną. Jechaliśmy chyba samochodem nawet…
MJP : To był przyjazd rodzinny czy..?
A P : Tak, tak, przyjechaliśmy do rodziny, do rodziców mojej żony, którzy mieszkali w Piechowicach, pod Szklarską Porębą.
MJP : Czy aktualnie utrzymuje Pan kontakty z kolegami z pracy, którzy mieszkają w Polsce?
AP : Naturalnie zarówno z kolegami z pracy jak i przyjaciółmi ze Szczecina utrzymujemy, jak i z rodziną. Byliśmy teraz ostatniego weekendu na zjeździe rodu Gąsieniców. Moja żona pochodzi z rodu Gąsieniców a ja jestem góralem przez zasiedzenie po trzydziestu ośmiu latach z żoną góralką. Bardzo przyjemnie. Po czterdziestu latach Kraków zobaczyłem, coś pięknego. I w ogóle Polska śliczna w tej chwili się robi, prześliczna. Dobrze zorganizowana, jest czyściutko, jest… no, bardzo ciekawie.
MJP : Czy śledzi Pan sytuację w Polsce?
AP : Śledzę, naturalnie, naturalnie.
MJP : W jaki sposób?
AP : Mam telewizję polską, wszystkie kanały polskie mam w telewizji od wielu, wielu lat. Czytam prasę polską przez Internet.
MJP : Chciałam zapytać czy w domu Państwo rozmawiacie w języku polskim czy norweskim?
A P : Tylko w języku polskim rozmawiamy.
MJP : A jak mieszkał z Państwem syn?
AP : Też tylko po polsku.
MJP : W tej chwili czym się syn zajmuje?
AP : No, syn jest post doktorem na Berkley w San Francisco.
MJP : W którym roku wyjechał?
AP : Mój syn wyjechał z Norwegii 15 lat temu.
MJP : Do szkoły?
AP : Do szkoły. Wyjechał najpierw do Arizony - Arizona State University, potem był siedem lat w Dartmouth Colledge w Hanover – New Hampshire, a teraz jest w tym Berkley. Dzięki temu poznaliśmy właściwie całą Amerykę.
MJP : Czy w jego rodzinie mówi się po polsku?
AP : Nie. W jego rodzinie mówi się po angielsku. Dzieci mówią trochę po niemiecku, chodzą do szkoły niemieckiej. Oni nie mówią po polsku, to trudne dla małych dzieci po polsku.
MJP : Jak ocenia Pan zmiany w Polsce po 81 roku?
AP : No, to jest to o cośmy walczyli przecież. Jest normalny, zwykły, ludzki kraj.
MJP : Jakie wydarzenia od 81 roku uważa Pan za najważniejsze?
AP : No, najważniejsze to jest: wolne wybory w Polsce niezależnie od tego kto wygrał. Także to jest absolutnie najważniejsze. Jest normalny zwykły kraj, jest parlament, jest prezydent, jest premier, są jakieś ludzkie stosunki z sąsiadami. I Polska według mojej oceny, a trochę czytam, i trochę wiem, w paru językach jednak czytam prasę, i się interesuję, sam byłem szefem przedsiębiorstwa trochę specjalnego, bo taki statek współczesny dzisiaj to jest przedsiębiorstwo, które się porusza w warunkach międzynarodowych, więc mam doświadczenie trochę i ekonomiczne, uważam, że Polska się w tej chwili rozwija naprawdę świetnie w porównaniu do realiów zewnętrznych. Przecież dzisiaj mamy dochód narodowy, wzrost dochodu narodowego na poziomie maszyny ekonomicznej Europy jakimi są Niemcy. Także uważam, że Polska świeci przykładem.
MJP : Gdyby Pan miał się porównać do rówieśnika w Polsce, uważa Pan swoją sytuację za lepszą czy za gorszą?
AP : Różnie bywa. Są, którzy mają lepiej w Polsce. Na przykład piloci polscy. Mam paru kolegów, którzy są pilotami w Polsce. Zarabiają naprawdę duże pieniądze. No tak się ustawiło, tak się akurat to zorganizowało. Jest część moich kolegów, którzy pływali całe swoje marynarskie życie na tak zwanych kontraktach. Na początku z tych kontraktów przelicznik był tak bardzo korzystny, moi koledzy jeżeli się szybko zorientowali i byli oszczędni, to odłożyli niezły kapitał, który im teraz pewnie będzie procentował. Jest też niestety duża część moich kolegów, którzy jak gdyby nie umieli się znaleźć w nowych warunkach i pływali na tych kontraktach, ale oni nie mają żadnych praw emerytalnych do dzisiaj albo jeżeli mają, to te prawa są bardzo niskie. Jest mała grupa moich kolegów, którzy ze względów zdrowotnych nie dokończyli zawodu i dzisiaj nie mają najlepszej sytuacji ekonomicznej. Także są i lepsi, natomiast ja mam dobrą sytuację materialną… Norwegia to bogaty kraj. Wystarczy tutaj popracować dobrze jedno pokolenie i człowiek żyje naprawdę dobrze.
MJP : A jak obecnie Pan ocenia swoją decyzję o emigracji, o emigracji swojej rodziny? Czy dziś postąpiłby Pan podobnie?
AP : Gdybym wiedział, że takie zmiany nastąpią w Polsce to podejrzewam, że decyzja o zejściu ze statku byłaby trudniejsza dla mnie. Prawda? Z punktu widzenia, że nie przechodzilibyśmy całego tego ciężkiego okresu zarówno ja, żona i syn, o którym nie mogliśmy wtedy wiedzieć, to mogło się źle skończyć. Olbrzymie ryzyko. Z drugiej strony człowiek jak ma 30 lat to nie czuje tego ryzyka tak jak ma 60. Trudno powiedzieć. Jak ja schodziłem to mnie się wydawało, to jest ostatni protest jaki jestem w stanie zrobić przeciwko temu co się w Polsce dzieje i już tylko trzeba myśleć o tym ja przeżyć z rodziną, prawda. Natomiast potem się okazało, że są wolne wybory, że jest wolna Polska, można jechać tam z powrotem…
MJP : To dlaczego wtedy Pan nie wrócił?
AP : Bo się bałem, że wrócenie… konsekwencje powrotu…
MJP : Po 89?
AP : A, nie! Po [19]89. Dlaczego po 89 nie wróciłem? Dlatego, że w 89 roku wreszcie dostałem stanowisko, o jakie walczyłem przez wiele lat. Gdybym wrócił do Polski musiałbym znowu zaczynać od nowa. Trzeba też pamiętać, że ważne są sprawy emerytalne. I o tym trzeba już wcześniej myśleć dlatego, że jak się ma pięćdziesiąt lat już jest za późno. Gdybym ja wrócił z Norwegii z powrotem do Polski, to ani bym nie miał porządnej emerytury polskiej, ani bym nie miał porządnej emerytury norweskiej i nie mógł bym dzisiaj uczyć się na gitarze czy chodzić na kurs żaglowy tylko gdzieś tam pracować.
MJP : A czy zna Pan kogoś ze swoich znajomych, kto wrócił do Polski w tym czasie?
AP : Po 89 roku nie. Nie pamiętam. Część moich przyjaciół, która przeszła na emeryturę wrócili do Polski i bardzo sobie to chwalą.
MJP : Czy Pan również myśli o powrocie?
AP : Myślę, że tak. Myślę, że tak. Myślę, że wrócimy jeżeli mój syn w dalszym ciągu zostanie w Ameryce to my pojedziemy albo do Ameryki do syna albo wrócimy do Polski.
MJP : Czy jakieś daty?
AP : Dat nie ma, ale to jest takie planowanie… planowanie dosyć takie ścisłe, że jeżeli będzie jak jest teraz, jeżeli syn nie wróci do Norwegii to my będziemy myśleć o tym żeby wrócić do Polski z uwagi na przyjaciół. My mamy bardzo dobre kontakty z tym środowiskiem, z którego żeśmy wyjechali i zarówno środowisko pod Szklarską Porębą w Karkonoszach jak i środowisko w Szczecinie. Tu też mam środowisko przyjaciół polsko-norweskich, ale część przyjaciół już wróciła do Polski.
MJP : Bardzo dziękujemy Panu za rozmowę.
AP : Cała przyjemność po mojej stronie.