
Wywiad Jolantą Wacko
przeprowadzony przez Monikę Jurgo-Puszcz
w Oslo, dnia 18 września 2010 roku
Nazywam się Monika Jurgo-Puszcz wraz z Monika Sokół-Rudowską reprezentujemy polską i norweską służbę archiwalną oraz Polską Fundację Korpus Ochotników Specjalistów, realizujące misję „Ocalmy od zapomnienia”.
Prowadzimy badanie dotyczące losów
osób, które po wprowadzeniu stanu wojennego w roku 1981 doznały represji, a w
dalszej konsekwencji opuściły Polskę
i osiedliły się w Norwegii.
Chciałybyśmy porozmawiać o okolicznościach ich wyjazdu z Polski, jego następstwach i odczuciach z tym związanych. Nasza rozmowa będzie prowadzona w pierwszej części w języku polskim, w kolejnej części po norwesku, a następnie na zakończenie znowu w języku polskim.
Ponieważ nasza praca ma charakter
dokumentacyjny, nasza rozmowa będzie rejestrowana za pomocą dyktafonu oraz
kamery. Poza nagraniem archiwalnym
z fragmentami po polsku i norwesku istnieją dwie równoważne wersje z
tłumaczeniami części norweskojęzycznych na polski i vice versa.
MJP : Bardzo proszę aby się Pani przedstawiła.
JW : Nazywam się Jolanta Wacko, panieńskiej nazwisko Sztok.
Urodzona na Dolnym Śląsku, [u]kończyłam szkołę podstawową w Gorzanowie, tam
mieszkałam
w takiej małej wiosce. Ogólniak, szkołę ogólnokształcącą [ukończyłam] w
Bystrzycy Kłodzkiej, i studnia na Uniwersytecie Wrocławskim. Tam też mieszkałam
przed wyjazdem do Norwegii.
MJP : A Pani rodzice, dziadkowie? Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie.
JW :
Mama pochodziła z centralnej Polski z okolic Rawy Mazowieckiej, tata pochodził
z okolic Dobromila, obecnie na terenie Ukrainy. Jako młody chłopak po [19]39
roku został wcielony do Armii Czerwonej i przeszedł szlak bojowy do Legnicy.
Bardzo rzadko dzielił się ze mną wrażeniami z tego okresu. Pamiętam też , tu
przyznaje się, że jak chodziłam do ogólniaka dla mnie system socjalistyczny był
oczywiście najlepszy. Tak nas uczono w szkole. I nie raz tata krzyczał na mnie
: „Bo Ty nic nie rozumiesz!”. Nienawidził ruskich. Czasami, jeżeli w szkole
było zadane „przepytaj rodziców na temat drugiej wojny światowej”, to już tata
siadał i próbował mi coś opowiadać, ale wiedziałam, że nie za bardzo o tym lubi
mówić. I zostały mi [w pamięci] takie zdania, nie lubił krupniku bo
zawsze mówił : „kaszy się najadłem u ruskich” poza tym mówił, że byli
traktowani jak mięso armatnie, że Polacy, [ci] młodzi chłopcy w tej Armii Czerwonej
byli traktowani właśnie gorzej, musieli wykonywać pierwsze ataki, czyli jak to
się mówiło typowe mięso armatnie. I powiedział, że jego życie uratowało to, że
dostał się do niewoli niemieckiej po[d] Legnicą. Niemiecki lekarz się zajął nim,
bo miał duże wrzody na żołądku. A później, już właśnie tych szczegółów, jak to
się stało, że spotkał moją mamę, że tam się już osiedlił [nie opowiadał]. Z
tym, że długo po wojnie szukał swojej rodziny, bo rodzice mieszkali w Łodzi,
natomiast ja już jestem [u]rodzona na Dolnym Śląsku, bo mój tata bardzo chciał
odnaleźć swoją rodzinę, która była bardzo rozrzucona. Zresztą najstarsza
siostra [ojca] trafiła do niewoli niemieckiej, wyemigrowała później do Ameryki
i w latach pięćdziesiątych przez Czerwony Krzyż [ojciec] odnalazł [swoich]
braci i siostry i rodzic[ów] którzy jeszcze wtedy żyli. Dziadka już nie
poznałam, babcie jeszcze poznałam, nazywała się Tekla Sztok. Osiedlili się na
Dolnym Śląsku, w Bystrzycy Kłodzkiej, Międzylesiu, Kłodzku. Z tym, że mój tata
w przeciwieństwie do swoich braci miał inne nazwisko zmienione dlatego, że
normalnie nazwisko rodowe to jest Stock, tak jakby z austriackiego. Teraz mój
bratanek dopiero doszedł skąd ta rodzina się tam znalazła, znalazł gdzieś
korzenie austriackie pewnie wtedy w tym XVII/XVIII wieku, kiedy rzemieślnicy
itp. ruszali na Kijów, na wschód. A mojemu tacie właśnie Rosjanie, jakby można
powiedzieć spolszczyli [nazwisko]. Czyli tak jak się mówi Sztok i on nigdy nie
dbał, żeby przywrócić [właściwą pisownię], także właściwie mamy różne nazwiska.
MJP : A czym się zajmowali Pani rodzice?
[4:00 czas nagrania]
JW : Mama miała skończone siedem klas przedwojennej szkoły. W czasie wojny pracowała u Niemców w jakimś tam gospodarstwie i oczywiście już później jako młoda dziewczyna, jak wyszła za mąż to nigdy nie, nie zrobiła…Pracowała w fabrykach wafli, cukierków, lizaków tam w tej miejscowości, dopóki oczywiście były małe dzieci to nie pracowała, zajmowała się domem. Natomiast tata był kowalem, bardzo dobrym rzemieślnikiem.
MJP : Ma Pani rodzeństwo?
JW : Mam czwórkę rodzeństwa, jestem najmłodsza.
MJP : Rodzeństwo mieszka w Polsce?
JW : Tak, cała czwórka mieszka w Polsce. Natomiast dzieci mojego brata najstarszego, dwie dziewczynki też mieszkają poza granicami. Więc [moja sytuacja jest taka jak] z polskimi rodzinami? Tak jak teraz, na tych dożynkach w Częstochowie powiedział właśnie biskup, że rodzice zostali na gospodarstwie, a dzieci pracują a to Anglia, a to Francja, Szkocja, Irlandia. Emigracja, tak samo w przypadku mojego brata.
MJP : Porozmawiajmy teraz o okresie po szkole średniej. Pani wyjechała na studia?
JW. : Tak, wyjechałam na studia. Zaczęłam studia w [19]77 roku, wiec takie pierwsze bardzo ostre przeżycie, które miałam we Wrocławiu to oczywiście wybór Wojtyły na papieża. Pamiętam, te wszystkie dzwony, we wszystkich kościołach we Wrocławiu, oczywiście te lakoniczne wzmianki w prasie. Wszystko dla mnie było nowe raz, że z małej miejscowości, jakiś taki człowiek przerażony, ale bardzo szybko zapoznaliśmy się w tej grupie, pod koniec pierwszego roku właśnie. Mojego przyszłego męża Tomasza Wacko poznałam już wcześniej. To on przychodził do akademika z niezależnymi wydawnictwami, żeby schować, przynosił jakieś farby to coś tam…
MJP : Przepraszam, Pani mąż był z Wrocławia?
JW : Tak. Urodził się we Wrocławiu. To znaczy szkołę średnią [u]kończył w Zgorzelcu dlatego, że jego mama, która go sama wychowywała była dentystką, stomatologiem, jak to sama podkreślała i pracowała poza Wrocławiem. Natomiast mieli mieszkanie we Wrocławiu i on z ojczymem mieszkał we Wrocławiu. Ale sam ogólniak… W ogóle nie wiem na ile mam mieszać moją biografie i…
MJP : Bardzo proszę.
JW. : Bo historia mojego męża jest uważam o wiele bardziej ciekawa niż moja dlatego, że po szkole podstawowej mama go wysłała do Kalwarii Zebrzydowskiej na przyszłego zakonnika. Po dwóch latach uciekł stamtąd więc [u]kończył wieczorowy ogólniak w Zgorzelcu. Później się dostał na studia historyczne do Wrocławia. Jego poglądy ukształtowała jego mama, która pochodziła z Grodna, powinnam wam pokazać [jej dokumenty]. Dziadek Tomka, przedwojenny policjant, [u]kończył [rosyjskie] gimnazjum, gdzie[ś] mam [jego] świadectwo po rosyjsku, pięknie wykaligrafowane, duchowne zresztą. Właściwie to taka rodzina, [w] któr[ej] zawsze, patriotyzm, Polska [były obecne]. Wujek mojego męża Leon Zalewski działał w Armii Krajowej w Okręgu Wileńskim, bardzo długo był za nim list gończy i później jak pisał listy do Polski, to te listy, któr[ych] się parę zachowało, bo [muszę dodać, że] wszyscy skończyli wyższe studia, piątka rodzeństwa [mojej teściowej]. Ale żeby się dostać na te studia, to nie wolno było napisać że ojciec jest przedwojennym policjantem, więc pisali nauczyciel. Dziadek Tomka stracił rękę przez Rosjan, jak weszli we wrześniu [19]39 roku, [ale] musiał napisać, że stracił przez Niemców, bo inaczej nie dostał by renty inwalidzkiej. Te listy Leona Zalewskiego to jak czytałam, to płakałam. Po śmierci teściowej dotarłam do tych wszystkich listów…uważałam, że niektóre listy powinny być [czytane] na lekcjach historii w polskiej szkole. W tych listach, tak samo dziadka Tomasza do jego mamy a swojej córki, ogromy szacunek „Kochana Jadziu” , tak się nazywała moja teściowa. I właśnie z takim ogromnym szacunkiem, miłością, patrzeniem jak na kobietę, ale zawsze z podkreślaniem, ta miłość [do] rodziny, ta miłość Boga właśnie, czyli to co teraz się rozsypuje. Tak, mój mąż był ukształtowany przez swoją mamę, która oczywiście [dużo mu] opowiadała, bo wiele jej przyjaciółek, kuzynów zginęło na Syberii np. ich bliski kuzyn Stypułkowski walczył pod Monte Casino, a ona sama jak opowiadała był[a] już w transporcie na Syberię, ale weszli Niemcy w [19]45 i to ich uratowało przed zesłaniem. Zresztą moja najstarsza córka, [Aleksandra] która ma teraz dwadzieścia siedem lat, Helenka już mniej babcię pamięta, bo teściowa zmarła cztery lata po śmierci męża, ale najstarsza córka Aleksandra nie raz wspomina, że babcia wieczorami zamiast czytać jej bajki to opowiadała jak Rosjanie weszli do Grodna. I przypuszczam, że to samo opowiadała Tomkowi, czyli swojemu synowi. Więc to moje spojrzenie na tę inną historię Polski to było właśnie dzięki kontaktom z Tomkiem. Początek studiów, niezależne wydawnictwa [które do mnie] docierały, nagle usłyszałam słowo Katyń, słyszałam to w ogólniaku, ale nauczyciel nigdy tego nie rozwijał, [podawał] to co było w książkach napisane. Niestety mój tata zmarł, kiedy ja byłam internowana, więc zabrakło tych ostatnich rozmów, żeby się wtedy wypytać.
[10:34]
MJP : Dobrze, państwo się spotkaliście we Wrocławiu, co było dalej?
JW. :
Tak. Na początku oczywiście byłam przerażona, ja się bałam, przyznaję. Ja się
bałam, kiedy przynosił [niezależne wydawnictwa] i prosił o przechowanie,
zwłaszcza, że mieliśmy koleżankę która mówi[ła] : „o jejku, to nas wyrzucą ze
studiów”, bo wtedy tak było – relegowania.
MJP : Państwo się poznaliście na studiach?
JW. : [Tak] mój mąż jak zaczął studiować to od razu wstąpił do Studenckiego Komitetu Solidarności czyli tej przybudówki KOR-u [Komitetu Obrony Robotników]. No i jego działalnością było rozwożenie nielegalnych wydawnictw, drukowanie ulotek, były takie akcje we Wrocławiu, to już później pamiętam nawet z wrocławskiego PEDETU [PDT – Państwowy Dom Towarowy] były rzucone ulotki, takie akcje ulotkowe były. Wtedy już zaczęły się jego zatrzymywania, na drugim roku studiów.
MJP : Państwo równolegle studiowaliście? Na tym samym roku?
JW : Tak równolegle. Tak, tak. Wspólne wykłady były. Bo ja byłam na pedagogicznej [specjalizacji] a on na archiwalnej, ale wykłady mieliśmy jako cały rok razem. Właściwie jak to życie studenckie, w tamtych czasach, większość mieszkała w akademikach, a akademik przyciągał tych, którzy na stałe mieszkali we Wrocławiu, te słynne waletowania, cuda, nie widy, jakieś tam imprezy, 8 marca, rajdy w góry, tu mam właśnie mnóstwo tych zdjęć, zresztą śmiesznych, z tamtych czasów (sięga po zdjęcia i je pokazuje). O to jest takie zdjęcie ze studenckich czasów, z rajdu jakiegoś.
MJP : Proszę opowiedzieć o działalności swojego męża?
JW : Mój mąż działał w Studenckim Komitecie Solidarności. Jak w osiemdziesiątym roku, zaczęły się strajki na wybrzeżu, tak samo zaczęły się we Wrocławiu i mój mąż w zajezdni na Grabiszyńskiej organizował razem z innymi drukowanie, uczył nowych drukarzy, bo już umiał.
MJP : A gdzie się nauczył?
JW : No to byli inni, którzy widocznie [czegoś] tam [go] nauczyli, ale w każdym bądź razie, nie raz widziałam t[ę] farbę, tradycyjne ubranie: czyli flanelowa koszula w kratę i pocerowane spodnie, wyłatane. Ja sobie z tego nie zdawałam sprawy, bo ja wtedy byłam w domu na wakacjach i miałam przyjechać do Wrocławia, bo miałam później tzw. praktyki w szkole, a tu nagle te strajki i oczywiście dostaję wiadomość, że on z tej zajezdni [na] Grabiszyńskiej nie może wyjść. No i później był ten okres euforii, kiedy [była] Solidarność. Wszystko można było robić, więc on faktycznie zaniedbał studia, praktycznie nie zdawał egzaminów, był zajęty działalnością a nie studiowaniem. No i przyszedł ten strajk grudniowy [w czasie którego] zajmował [się] drukowaniem i ten nieszczęsny stan wojenny. I mój mąż jako jeden z pierwszych we Wrocławiu, to znaczy można powiedzieć tak – pierwszy, bo oczywiście Ci co byli internowani to byli internowani od razu 13 grudnia, natomiast wtedy jeszcze nie mój mąż, tylko powiedzmy chłopak, 14 grudnia został zatrzymany, właśnie pod Pafawagiem [Państwowa Fabryka Wagonów] na Grabiszyńskiej, razem z takim panem Pawlakiem, z którym nie wiem co się w tej chwili dzieje. W każdym bądź razie przewozili maszynę drukarską, bo jak weszło ZOMO w nocy do Zarządu Solidarności wrocławskiego no to część maszyn, [a właściwie] wszystko zabrali. Mój mąż miał jakąś jedną ukrytą maszynę i z tym Pawlakiem, chcieli to właśnie przewieźć na Grabiszyńską no i tam ich ubecja bardzo brutalnie potraktowała, bo…z pistoletami, z rzucaniem na samochody oczywiście i był tak zwany pierwszy proces w Sądzie Wojskowym. Wtedy były tylko Sądy Wojskowe, [w] pierwszy dzień po Bożym Narodzeniu ten proces był we Wrocławiu. Został uniewinniony, jego adwokatem był Pan Andrzej Kudłaszyk, który zresztą był adwokatem wojskowym. Więc został uniewinniony, co bardzo przeżył z tego względu, że pięć lat dostał Pawlak, ten drugi, z którym oni to robili. Więc on się czuł jakby razem to robili i ten dostaje wyrok i …ale niestety nie wyszedł na wolność. My czekali[śmy] na zewnątrz, a [obok] sąd[u] we Wrocławiu jest tzw. Świebodzka czyli areszt śledczy. Po prostu wewnętrzną bramą przeprowadzili mojego męża z tego sądu i od razu dostał nakaz internowania i wywieźli go do zakładu karnego na Kleczkowskiej, później zaczęły się ośrodki internowania. Natomiast wcześniej przed [19]80 rokiem, właśnie to pamiętam, nie raz za nami chodzili ubecy, był zatrzymywany na czterdzieści osiem, miał mnóstwo rewizji.
[15:42, czas nagrania]
Tu mam te poświadczenia wszystkie, a później po wyjściu z internowania nie zaprzestał tej działalności i nadal działał. Oczywiście mówię tak chaotycznie, ale najpierw Niezależne Zrzeszenie Studentów…
MJP : Pani też należała to tego Zrzeszenia?
JW. : Tak, tak. Później już po stanie wojennym, kiedy było wszystko zabronione, nie zaprzestał tej działalności z tym, że ta działalność była też ukierunkowana…Wtedy były te przypadki, kiedy chłopcy odmawiali przysięgi wojskowej i taki zawiązał się ruch Wolność i Pokój, [który] nawiązywał do takiej osoby jak Otto Schimek, [on] był Niemcem, który odmówił służby w Wermachcie i oni, [ci młodzi chłopcy] jakby wzorując się [robili] takie akcje we Wrocławiu, palenia książeczek wojskowych, ale zajmowali się także ochroną środowiska. I były takie demonstracje we Wrocławiu żeby zamknąć Hutę Siechnice, która bardzo zanieczyszczała [środowisko, jedną z osób, które w tym uczestniczyły był] późniejszy wice minister ochrony środowiska, Radek Gawlik, [w rządzie Jerzego Buzka] który bardziej [działał] w grupie Wolność i Pokój. To był Gdańsk, to był Szczecin, Marek Adamkiewicz, który jako pierwszy w Polsce dostał wyrok za odmowę przysięgi wojskowej. I mój mąż, [w czasie] kiedy wróciliśmy na studia po stanie wojennym dzięki wspaniałym naukowcom Instytutu Historycznego, dziekanowi, który nas nie bał się przyjąć, profesor [Adam] Galos, który oczywiście za nas poręczał. Bo ja też byłam internowana, [nie wiedzieliśmy] co dalej z nami, czy wrócimy na te studia. Moi przyjaciele siedzieli po wyrokach, np. taka Alina Matusiewicz, koleżanka ze studiów, ale dzięki tym wspaniałym ludziom, którzy się nie bali, nie ulegali naciskom ubecji, zostaliśmy z powrotem przyjęci na studia. Z tym, że acha…znowu mówię chaotycznie, ale moja historia jest tym bardziej może ciekawa, że jak mój mąż podkreślał : „żeby nie stan wojenny, gdyby nie generał Jaruzelski, to nie wiadomo jakby było” ale, że był stan wojenny, on siedział wtedy w więzieniu Kielce Piaski, tak się nazywało, a ja byłam internowana od 16 stycznia do 17 czerwca [1982 roku]. W między czasie jakieś grypsy żeśmy sobie wymieniali.
MJP : Gdzie była Pani internowana?
JW : Ja byłam…w Gołdapi siedziałam. Z tym, że to było tak, że mąż został, tzn. wtedy, będę mówiła Tomek, chłopak…My stwierdzili[śmy], że jak to stan wojenny, trzeba coś zrobić, to była taka bardzo impulsywna działalność, bo oczywiście po Bożym Narodzeniu powróciliśmy do Wrocławia i stwierdziliśmy, [że] trzeba się z akademika wyprowadzić, bo ZOMO musiało się wprowadzić . Nikogo [z] nas [o] nic nie pytając, opróżnili nasze pokoje, [rzeczy] wyrzucili do piwnic i ZOMO zamieszkało w akademiku, gdzie ja mieszkałam [wcześniej]. No i trzeba było coś ze sobą zrobić, mieliśmy na szczęście koleżankę, która wynajmowała mieszkanie na Spiżowej. No i zaczęła się pomoc w kolportażu, druku. I była taka drukarnia na Kamiennej we Wrocławiu, nie mylę [się], to było na Sompolnie, w każdym bądź razie, grupa naszych przyjaciół z historii się tym zajęła… my miałyśmy jako dziewczyny właśnie te ulotki coś tam…Wtedy jeszcze właściwie był strajk na Uniwersytecie, [który] się przeciągał, [aż został] spacyfikowany przez ZOMO. Drukarnia na Dębowej wpadła i przyjaciel Rysiek Pietrzak, kolega z roku, który jakby podał adres na tej Spiżowej gdzieśmy…nocowali po prostu, nie? A ja akurat na drugi dzień miałam jechać z paczką do Nysy, do Tomka, miałam też rzeczy dla innych internowanych. I pamiętam jak dziś, późno wieczorem jakieś matryce miałam [przy] sobie, podchodzę pod to mieszkanie, człowiek młody, naiwny…No widzę stoi Fiat, jakiś pan siedzi w tym samochodzie, ale ja wchodzę do tej klatki schodowej, pamiętam pierwsze piętro, dzwonię do drzwi. W tym momencie otwiera mi pan z pistoletem no i oczywiście cała grupa już [była], bo tak jak mówię, to było mieszkanie tylko do nocowania, no i oczywiście przesłuchanie. Na szczęście udało mi się te grypsy i matrycę gdzieś tam wyrzucić tak że nie miałam tego przy sobie, bo było zamieszanie w tym mieszkaniu. No i oczywiście wszystkich nas wsadzili do suki więziennej, zawieźli na Świebodzką przez całą noc tam…Pamiętam też takie wrażenie, nie czułam się żadną bohaterką wręcz przeciwnie bałam się, wstydziłam, co mama [powie]? jak to przeżyje, ja tutaj…ten dołek to okropny – decha i obok mnie jakaś straszna baba, za jakieś tam twierdziła 50 kg cukru siedzi. Ja ogromny strach, rano ta miska z tą z taką straszną potrawą, ta toaleta w tym kącie, więc dla mnie w ogóle ten wygląd był straszny, no i później było przesłuchanie, byłam przepytywana i decyzja o internowaniu. I tego samego dnia dwie osoby zostały zwolnione, bo nie miano na nie nic. Natomiast koleżanka momentalnie dostała sankcję prokuratorską bo najbardziej była obciążona, że to ona jednak drukowała, natomiast ja i taka Dorota Gol zostałyśmy przewiezione na Kleczkowską 16 stycznia [19]82. Tam też [było] parę kobiet z innych zakładów pracy, które tego dnia były zatrzymane. Wrzucają nas do celi na Kleczkowskiej i wtedy jakoś tak mi się lżej zrobiło, żona profesora Galosa, pani dyrektor Bożena Steinborn, [wice]dyrektor Muzeum Narodowego - w dobrym towarzystwie jestem. No w każdym bądź razie tam byłyśmy do dwudziestego, tylko parę dni na Kleczkowskiej i później był transport do Gołdapi. No i właśnie ten podjazd pod Gołdap pamiętam i te dziewczyny, z całej Polski kobiety…
MJP : Pani wiedziała gdzie Pani jedzie?
JW. : Tak, Gołdap to był ośrodek wczasowy Radia i Telewizji. Był budowany za pana [Macieja] Szczepańskiego więc piękny ośrodek, piękny budynek w lesie. Ale strach nas po drodze ogarnia bo im bliżej na wschód, nie wiadomo co dalej. A jeszcze w tej suce więziennej to się nic nie widzi, tylko takie szparki, nie? [ Pisałyśmy na kartkach ] że gdzieś nas tam wiozą… wyrzucałyśmy je po drodze. W Toruniu, acha to wtedy była ta powódź, roztopy takie straszne, gdzieś musieliśmy objeżdżać i gdzieś przy jakimś posterunku milicji pozwolili nam wyjść do toalety, [więc] wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, to był Toruń pamiętam. I tam [w Gołdapi] przywitanie przez te śpiewające kobiety, tam spędziłam czas do 17 czerwca kiedy zostałam zwolniona. [Tam] było tak jak w każdym ośrodku internowania, wszyscy próbowali się zorganizować, a w między czasie przyjechał do mnie profesor [Krystyn] Matwijowski z materiałami i mówi : „Ty masz dziewczyno tutaj studiować, pisać pracę”, [ale nie było] mowy żeby pisać, człowiek się innymi rzeczami zajmował.
MJP : Gdzie był w tym czasie Pan Tomasz?
JW : Tomasz w tym czasie był w różnych ośrodkach, bo jego historia, historia tej słynnej jedenastki wrocławskiej [w której był] także m.in. Aleksander Gleichgewicht, Wiktor Kowalski, Marek Tumidajewicz, pan, obecnie już chyba profesor Aleksander Labuda w tej jedenastce był, więc też jak to Tomek mówił był w dobrym towarzystwie. Zresztą mężczyźni się lepiej organizowali, bo np. dla mnie było bardzo bolesne, że moja mama z Kotliny Kłodzkiej, do Ełku dojechała, z Ełku do tej właśnie Gołdapi i niestety tylko godzinne widzenie, my nigdy nie wywalczyłyśmy, że jak to, rodzina całą noc jedzie… tak że ja na przykład nie chciałam, żeby mnie ktoś tam odwiedzał. Raz brat przyjechał, raz mama, a tak to koleżanka i profesor, promotor przyjechał. Tomek wtedy właśnie był tak: Nysa, Strzelce – to było [miejsce] gdzie chyba najbardziej dostali, oni to nazywali atanda, tam wpadło ZOMO i ich nieźle spacyfikowało, bo oni się nie chcieli zgodzić na to, aby być w zamkniętych celach. Później przewozili ich do Kielc, Rzeszów Załęże, Łupków w Bieszczadach i ostatecznie został zwolniony z Kielc z więzienia 4 grudnia [1982 roku]. I to też jest taka historia…acha wcześniej jeszcze było tak właśnie, że dostałam jakiś gryps, ktoś tam dowiózł, bo jak wiadomo te ośrodki się wszystkie trzymały i właśnie w tym grypsie było pytanie czy wyjdę za Tomasza. Jak ja wyszłam 17 czerwca to oczywiście pojechałam do Gorzanowa, żeby się przywitać z mamą, żeby już ją uspokoić, ale oczywiście wróciłam z powrotem do Wrocławia. Zamieszkałam u siostry męża Marysi, która też bardzo dużo ze swoim mężem w stanie wojennym robili, pomagali. No i były rozmowy, mama Tomka nie za bardzo na to się chciała zgodzić bo mówi : „Ty nie wiesz co ty robisz, ty jesteś w tak nienaturalnych warunkach”, no ale w końcu doszło, 5 września 82 był właśnie ślub w Rzeszowie Załężu, cywilny bo kościelny dopiero żeśmy robili… no później… w ogóle to nie chciano mnie wpisać na listę gości, żeby go odwiedzać, no bo jakim prawem, później to już było lepiej [bo] jako żona. [Pamiętam taki] moment ze zwolnienia, bo 4 grudnia byłam na widzeniu u Tomka w Kielcach, był taki pociąg z Wrocławia z przesiadką w Częstochowie, więc ja wyszłam z tego więzienia, kawałek od centrum jechałam do dworca, wsiadłam w pociąg i w Częstochowie miałam dwie godziny do pociągu na Wrocław. Chodzę po tym peronie i czuję, to było takie metafizyczne, ale odruchowo się odwracam i patrzę Tomek [stoi]. Rano była już decyzja, że będzie zwolniony, nic mu nie powiedziano i jak ja opuściłam więzienie to mój mąż został wezwany do komendanta i wręczono [mu] decyzję o zwolnieniu z internowania, tak że razem przyjechaliśmy do Wrocławia. I mama… Tomek, też tak powiedział : „Wchodź sama a ja później wejdę”, no także taką niespodziankę jeszcze żeśmy mamie zrobili.
MJP : Czy Państwa działalność miała jakieś negatywne następstwa dla rodziny?
JW. : Tak, [ale] to już później. Byliśmy oczywiście razem jako małżeństwo, bo wcześniej był zatrzymywany jako tam… groziło mu wyrzucenie ze studiów, czy zawieszenie w prawach studenta, bo ubecy naciskali, przesyłali papiery do dziekana. Natomiast później, kiedy się zaangażował w tę działalność, no to mówię tak: w [19]82 był ten ślub cywilny w Kielcach, później kościelny w drugi dzień Bożego Narodzenia a w [19]83 dokładnie 27 sierpnia [19]83 urodziła się nam pierwsza córka więc ja praktycznie byłam skazana na siedzenie w domu, a mój mąż działał. Kończył studia, ja zresztą też wtedy pracę magisterską pisałam, a mąż działał. No i niestety było tak, że bardzo często mieliśmy wizyty panów w domu, rewizje, mąż był zatrzymywany na czterdzieści osiem godzin, jakoś tak szczególnie chyba jak córka miała trzy lata, może nawet nie, to też bardzo [to] przeżyła, bo jak weszli ubecy do mieszkania, zaczęli rewizję, to nawet w jej zabawkach szperali. To było takie uciążliwe, rano na przykład o szóstej walenie w drzwi, wywalać nigdy nie wywalali, a poza tym też mój strach, kiedy nie wracał mąż, mówię tak : albo przedłużyło się gdzieś jakieś spotkanie, albo już siedzi, [różnie] było. Ale chyba największym obciążeniem było, być może dla niego nawet większym niż dla mnie, to co ciągle podkreślam, tęsknie za Polską, ale tęsknie za tym co zostawiłam, za tą ogromną przyjaźnią ludzi, tą bezinteresownością. I jak nie raz mówię tutaj, to podkreślam, że były puste sklepy, nie było samochodów prywatnych, nie było komórek, komputerów ale my mieliśmy przyjaźń i jakby mniej ciążyły te puste sklepy wtedy, czuliśmy się bardziej wartościowi, więc dla nas te rzeczy materialne nie przedstawiały takiej wartości jak w tej chwili, mówię [to] a propos nowej emigracji tutaj w Norwegii. Wszyscy wyjeżdżają, bo chcą mieć lepiej, ja też to rozumiem, oczywiście. Natomiast taką decyzję, którą mąż podjął w związku z działalnością w ruchu Wolność i Pokój…ja byłam w ciąży z drugim dzieckiem a on wtedy, były jeszcze te przepisy, że po studiach musiał odbyć służbę wojskową i on trafił do jednostki wojskowej na Czajkowskiego we Wrocławiu, natychmiast zapewnił że on tej przysięgi wojskowej nie złoży, bo tam była taka preambuła [o] sojusz[u ze] Związk[iem] Radziecki[m] i inn[ymi] kraj[ami] demokracji. No i oczywiście na placu apelowym, kiedy ta przysięga miała być, jeszcze raz poinformował i z tego placu go zabrali od razu właśnie na Świebodzką, bo chyba wojsko wtedy nie miało…w każdym bądź razie doszło do procesu i mój mąż dostał półtora roku więzienia.
[2:00 czas nagrania, plik 2]
Ja byłam wtedy w ostatnim…to było tak, że on poszedł do wojska [z] końcem stycznia, a już w marcu był proces wojskowy, znowu kolejny proces wojskowy, gdzie dostał te półtorej roku więzienia i przesiedział to na Świebodzkiej na szczęście nigd[zie] go nie wywozili i …
MJP : Cały wyrok, półtora roku?
JW. : Tak i ja 3 marca, proces był chyba siódmego albo ósmego, ja już chyba nie byłam na procesie nawet, więc 3 marca urodziłam syna i on tego swojego syna zobaczył dopiero po miesiącu czasu, kiedy ja z nim poszłam na widzenie z tym małym dzieckiem w worku. Dla niego chyba było dużym obciążeniem, że część przyjaciół krytykowała jego decyzję, że: „jak ty możesz zostawić żonę z jednym dzieckiem z drugim w drodze”, ale to też była nasza wspólna decyzja bo ja jego działalność aprobowałam, pochwalałam. Co prawda, osobiście w tym nie uczestniczyłam, natomiast jemu umożliwiałam. Zresztą podobnie było tu z pracą w Norwegii, kiedy pracował w Komitecie Helsińskim, on wiedział, że dzieci są zadbane, że wszystko jest ok., więc on mógł sobie pozwolić na ten…zdarzało się, że dwa razy w miesiącu na przykład wyjeżdżał, a to do Bośni, a to Litwa, a to Białoruś, a to na wybory, a to na jakąś konferencję, więc ja byłam bardzo [często] sama tutaj. Więc to jakby było przedłużenie tego, co też w Polsce się działo.
MJP : W którym roku wyszedł mąż?
JW : W tym samym roku, bo dostał dwie trzecie kary czyli we wrześniu dwudziestego któregoś września wyszedł. [Ale] w związku z tym, że był działaczem, nie mógł dostać nigdzie pracy, wiec było tak, że zaczął pracować w bibliotece uniwersyteckiej, jeszcze przed wojskiem, oczywiście tę pracę stracił, po powrocie z więzienia już mu tej pracy nie przedłużyli. Uważali, że…no argument był, że nie ma etatów, wcale to nie była prawda, więc później zaczął pracować w księgarni politycznej imieniem Żeromskiego we Wrocławiu, po trzech miesiącach kierownik powiedział mu, że tak dłużej być nie może, bo on tutaj ma sklep, a mówi tu cały czas przy tobie jest dwóch panów, którzy cię pilnują, oczywiście ubeków. No w końcu żeby utrzymać rodzinę wylądował w ogrodzie botanicznym jako fizyczny pracownik, gdzie też łatwiej się było chować między krzakami, poza tym inni pracownicy go ostrzegali. Była taka sytuacja, że jego zabrali [a] w tym samym czasie, kiedy jego zabierali z ogrodu botanicznego to u mnie w domu była rewizja. Oczywiście mały Andrzej to tego nie pamięta, natomiast Ola pamięta te sytuację. Wtedy też zajął się drukowaniem tzn. ponowił drukowanie niezależnych wydawnictw [także po to] żeby mieć z tego zyski, bo to było też tak, że to z kolegą robili, na tym też zarobek był. Właśnie [wtedy] w [19]88 roku podjął decyzję o emigracji.
MJP : Jak zapadła ta decyzja? Państwo rozmawialiście o tym wcześniej?
JW. : Tak, rozmawialiśmy, z tym, że może to głupio zabrzmi, ja nie aprobowałam, ale też nie protestowałam, bo wiedziałam, że on jest głową rodziny i on podejmuje decyzję. Faktycznie nie m[iał] tej pracy, nie [miał] stałej pensji, tu dzieci rosną, mieszkania własnego nie mieliśmy, mieszkaliśmy u teściowej, później przez rok wynajmowaliśmy jakiś tam maleńki pokoik. Czekaliśmy. Złożył papiery o tę emigrację, tu dałam kopię to sobie możecie wziąć, do Ambasady Królestwa Norwegii. Między innymi poproszono, żeby to ktoś podpisał, m.in. pan Jacek Kuroń i Władek Frasyniuk to podpisali, jakby takie [listy] uwierzytelniające.
MJP : Państwo się znaliście?
JW. : Tak, znaczy mąż Jacka Kuronia poznał jeszcze przed 80 rokiem w związku z tą działalnością KOR-u, chociaż on należał do SKS-u a oni do KOR-u, [ale] to była przybudówka studencka więc oczywiście… nie wiem na ile można to opowiadać ale nie raz przyjaciele to potwierdzali. Były takie wyjazdy w góry i właśnie był w [19]79 taki Sylwester w górach z Jackiem Kuroniem, taka grupa działaczy, studentów i oczywiście był zawsze alkohol przy tym no i było zimno, w każdym bądź razie, przy okazji mąż opowiadał, że Kuroń go całował po rękach, jak s[obie] dobrze popili (śmiech). Jak mąż poprosił o podpisanie tego podania o emigrację to…oczywiście działo się to przy alkoholu na towarzyskim spotkaniu, więc Jacek Kuroń powiedział do Tomka : „Ja ci to podpisze, ale po co ty chłopie wyjeżdżasz?” . [7:12,p. 2] Czekaliśmy dosyć długo na decyzję Norwegii, która przyszła w styczniu [19]89 roku, wtedy [rozpoczęły się] starania o paszporty, oczywiście paszporty w jedną stronę z pieczątką i …mój mąż bardzo przeżywał ten okres.
MJP : A czy Pani obawiała się tego wyjazdu?
JW. : Tak. Ja się obawiałam, natomiast jakby na głos nic nie mówiłam.
MJP : Czego Pani się najbardziej obawiała?
JW. : Zostawienia rodziny, przyjaciół, tej niepewności co mnie tu czeka. Natomiast u mojego męża widziałam taką właśnie… na zewnątrz tak, skoro już powiedział A, robi dalej B, ale do końca nie był przekonany. Mało tego była taka sytuacja w domu, już było po rozmowach Okrągłego Stołu wiadomo, że coś się zmieni. Wyjechaliśmy po pierwszych demokratycznych wyborach, dostaliśmy azyl polityczny w Norwegii jako ostatnia rodzina polska. Bo już po nas przecież nikt nie składał, czy może składał ale już nikt nie dostawał. I była taka sytuacja… acha jak złożył te papiery o emigrację to właściwie jego działalność w tym ruchu Wolność i Pokój troszeczkę jakby się zmniejszyła, dalej tam drukował, ale już nie uczestniczył tak dużo w tych demonstracjach, wyjazdach. Tam była taka historia, że pojechali na grób Otto Schimek na Śląsk i został pobity przez policję [ powinno być milicję]. Ciągłe grzywny, pięćdziesiąt tysięcy kary, a to, a tamto, ale wtedy się nikt tym nie przejmował. Zwłaszcza jak przychodził komornik do nas i chciał naklejki na telewizor [naklejać] „proszę bardzo” ale to nie jest nasze, to jest mojej teściowej, nic tu nie możecie zabrać, bo były ciągle zaległe kolegia oczywiście. To było tak, że już tę decyzję z Ambasady Norweskiej wyrzucił do kosza. Ale ja wyciągnęłam papiery z kosza, przyznaję.
MJP : Proszę powiedzieć dlaczego Norwegia?
JW. : Bo mieliśmy tu już przyjaciół poza tym, chyba tak… myślę, że chyba najbardziej przez to. Bo tutaj już wyjechał Wiktor Kowalski, który zresztą jak my przyjechaliśmy to on już wrócił do Polski, zostawił nam stół [kuchenny], który do tej pory stoi i jakieś jeszcze rzeczy tam po nim mamy. I był Olek Gleichgewicht, który zresztą też wrócił do Polski, nie wiem czy państwo z nim rozmawiali? To był przyjaciel Tomka jeszcze z czasów przed 80 rokiem. W tej grupie był między innymi Maciek Zięba późniejszy Dominikanin.
MJP : Co Pani wiedziała o Norwegii?
JW. : Prawie nic. Mój mąż kojarzył Norwegię, opowiadał… jako młody chłopak, była taka książka w Polsce o wikingach „Czerwony wiking” no i fiordy oczywiście. Natomiast tak, to nie.
MJP : Czy myśleliście, że to będzie wyjazd na stałe?
JW. : Trudno mi o tym powiedzieć. Natomiast był taki moment w tym samym roku, kiedy żeśmy tu przyjechali, pierwsze wrażenie nie było takie dobre, bo wylądowaliśmy w tym Mysen, przydzielono nam takie mieszkanko w piwnicy, gdzie właśnie mam tu …mąż się zwrócił do lokalnej gazety. Mam takie ładne zdjęcie, o to jest zdjęcie (pokazuje zdjęcie) z tej lokalnej gazety, gdzie skarżyliśmy się, bo dokładnie mieszkaliśmy w suterenie i mój mąż był rozżalony trochę, a tu czekało na nas inne mieszkanie. Rok czasu czekaliśmy na decyzję Norwegii, na przyznanie nam statusu uchodźcy politycznego natomiast…
Część II
MJP : Bardzo proszę aby nam Pani opowiedziała o swojej podróży do Norwegii. Jak wyglądała podróż? Czy to była podróż w etapach, czy bezpośredni przyjazd?
JW. : Z przesiadką w Kopenhadze, bo były samoloty z Warszawy do Kopenhagi i z Kopenhagi do Oslo. Noc przed odlotem to był nocny pociąg Wrocław - Warszawa. Musieliśmy dojechać do lotniska [w] Warszawie. I ten dzień na lotnisku zaczyna mi się bardziej zamglony robić. Przywitali nas nasi przyjaciele, którzy tu mieszkali w Norwegii.
MJP : Państwo całą rodziną przyjechaliście do Norwegii?
JW. : Tak. Oczywiście tak, oboje dostali[śmy] azyl polityczny. Zostaliśmy przywitani przez Wiktora Kowalskiego i Olka Gleichgewichta i …byłam tak zmęczona, że ja właściwie pamiętam, że Olek nam od razu jakieś obwożenie zrobił, ale ja chyba pół drogi musiałam przespać, bo Drammen pokazywał, jakieś fiordy ale, dla mnie to było takie, że nie za bardzo pamiętam ten pierwszy dzień w drodze do Mysen. Pierwsza noc oczywiście w Mysen była w hotelu, bo to mieszkanie, które nam tutaj gmina znalazła było nie umeblowane. Było to zresztą drugie mieszkanie, bo w maju było przygotowane dla nas inne mieszkanie, które [przepadło] z powodu tego, że Polska milicja nie wydawała nam paszportu, robiła trochę po złości, i czekaliśmy dosyć długo mimo, że decyzja z norweskiej ambasady o przyznaniu azylu politycznego była gotowa. Przyjechaliśmy dopiero 3 sierpnia 89, czyli już po czerwcowych wyborach.
MJP : Państwo zamieszkaliście w Mysen?
JW. : Tak. W 88 roku mąż złożył podanie do ambasady w Warszawie norweskiej o udzielenie azylu politycznego. I czekaliśmy bardzo długo na decyzję. A w tym czasie tutaj, norweskie władze pracowały. Znalazły komunę, która gotowa była nas przyjąć, bo [przyjmując nas] jako uchodźc[ów] polityczn[ych] gmina dostaje odpowiednią kwotę pieniędzy od Wysokiego Komisarza do spraw Uchodźctwa i taką gminą, która nas przyjęła była właśnie Eidsberg komuna, czyli gmina Eidsberg a miejscowość Mysen i tutaj [trafiliśmy]. Po pierwszym roku, kiedy mąż zobaczył, że to jest [duża] odległość do Oslo, że po prostu [mamy tu] małe perspektywy, próbowaliśmy przenieść się do gminy Lillestrøm gdzie mieszkali nasi przyjaciele Marek i Anna Tumidajewicz. Ale w związku z tym, że nie staliśmy jak to się mówi na własnych nogach, byliśmy zależni od socjala, to tamta gmina nas nie chciała przyjąć i po prostu już zostaliśmy.
MJP : Jak wyglądały pierwsze dni po przyjeździe?
JW. : No takie wszystko było można powiedzieć i ciekawe i jednocześnie…ja właściwie sobie nawet nie wyobrażałam jak to wszystko będzie. Właśnie te pierwsze kontakty. Tutaj takie stanowisko w Mysen było, akurat pan anglik, który miał to stanowisko to się nazywa Flygtning Consule czyli Konsulat do spraw uchodźców. Jego zadaniem było to, żeby on nas tutaj wprowadził, żeby on nam tu pomógł. Mój mąż komunikował się z nim w języku angielskim więc on oczywiście przywiózł nas do mieszkania, pokazał, dał klucze. Właściwie ta pomoc nie była tego typu jak słyszeliśmy, że w innych gminach było. Dostaliśmy dwadzieścia tysięcy koron i właściwie musieliśmy sobie radzić sami. Oczywiście pierwsze wizyty u dentysty, u lekarza, jakieś badania oczywiście, czy jakiś chorób nie przywieźliśmy, wszystko standardowe. Wizyta na policji z oddaniem polskich paszportów, gdzie była pieczątka „w jedną stronę”, złożenie papierów ze zdjęciami, złożenie na tak zwany pierwszy dokument norweski czyli Reisebevisets, który uprawniał nas np. na wyjazdy do Szwecji czy do Danii, innych krajów europejskich poza Polską. Oczywiście informacja gdzie mamy kurs z jaką panią. Akurat z tej osoby nie byliśmy za[dowoleni], uważamy, że bardzo mało nam pomogła, wręcz raz powiedział „Tomasz ty robisz mi problemy” a Tomasz mówi : „Przecież moje problemy są twoją pracą”, także wydaje nam się, że mało żeśmy dostali takich dobrych wskazówek. No więcej właśnie pomogła nam Ania i Marek Tumidajewicz, którzy byli tutaj już od 84 roku więc znali już Norwegię i oni nam więcej tłumaczyli i pomagali.
MJP : Dzieci poszły do szkoły od razu po przyjeździe?
JW. : Tak. Zaczęliśmy zaraz bo 16 sierpnia. Przyjechaliśmy 3 sierpnia a 16 sierpnia zaczął się rok szkolny czy 17 i wtedy zaczęliśmy. Tu była taka grupa norweska ale oni już byli troszeczkę jakby powiedzieć zaawansowani, więc my nie mogliśmy do nich trafić jako nowo początkujący. Nami zajęła się taka pani Norweżka Kristine Viskun, która zresztą mieszkała ileś lat wcześniej w Poznaniu z mężem, który pracował na Uniwersytecie Poznańskim. I ona znając parę słów polskich właśnie mnie i mojego męża przygotowywała do przeskoczenia do tej większej grupy. No i w tej większej grupie byliśmy parę miesięcy. To później przerzucono [nas] do Askim i muszę powiedzieć właśnie, że poziom, kurs[u] norweskiego w Asikim był bardzo niski, ja dostałam papierek, że przebyłam tam dwieście ileś godzin kursu, ale nigdy nie przystępowałam do żadnego egzaminu. Więc mój mąż jak zobaczył, jaki poziom kursu jest w Askim zdecydował się na chodzenie na kurs na uniwersytecie. Wtedy były takie możliwości, że jak się wykazało, że ma się studia z Polski, że się chce niby tutaj kontynuować studia czy odnowić dyplom, to dostał miejsce. Ja natomiast w związku z małymi dziećmi nie mogłam sobie na takie coś pozwolić, zainwestować w siebie. Z perspektywy wiem, że to był błąd. Staraliśmy się za wszelką cenę jak najszybciej znaleźć sobie pracę, żeby nie chodzić do tego socjalu.
MJP : Znaleźliście Państwo pracę?
JW. : Więc tak, ja uznałam, że na tym kursie norweskiego to ja się naprawdę nic nie uczę więc poszłam do przedszkola gdzie chodził syn i poprosiłam o miejsce, „będę tu za darmo przychodzić bo ja chcę się uczyć norweskiego”. I wtedy szefowa tego przedszkola powiedziała, że ona mi pomoże. I ona faktycznie uzgodniła z pośrednictwem pracy, że ona to załatwi jako praktykę. Przez dwa lata pracowałam w przedszkolu z dziećmi, bardzo tę pracę lubiłam i bardzo lubiłam to środowisko przede wszystkim bo bardzo miłe te Norweżki były, właśnie taki…Ja myślę też, że wtedy Mysen raz, że to była mała miejscowość dwa, tych obcokrajowców było mało i my stanowiliśmy takie, byliśmy pierwszą polska rodziną, która tu dostała azyl polityczny więc też wzbudzaliśmy jakieś zainteresowanie, chęć pomocy. Mnie się tam bardzo dobrze pracowało, ja się od dzieci dużo nauczyłam norweskiego z tym, że po dwóch latach kiedy pośrednictwo pracy powiedziało, że w tej chwili tak : albo gmina musi cię zatrudnić, my już dalej nie możemy ci wypłacać. Z tym, że i tak co rusz to było tak, że pięćdziesiąt procent pośrednictwo pracy płaciło, pięćdziesiąt gmina. Po dwóch latach straciłam tę pracę. Zostałam bezrobotna. No i w związku z tym, że ekonomia nie była tego typu, że można było sobie iść na kursy i płacić sześć tysięcy za kurs dla przedszkolanek to po prostu, plus małe dzieci, przez koleżankę znalazłam pracę w takiej prywatnej firmie
MJP : A Pani mąż?
JW. : A mój mąż od [19]91 roku zaczął pracę najpierw też przez pośrednictwo pracy czyli jako praktyka w Komitecie Helsińskim. I właśnie ja pogodziłam się z tym, że moje ambicje, moje marzenia muszą jak to się mówi spocząć na tym, że mam się zająć dziećmi, domem i ewentualnie chodzić do głupiej pracy, która w każdym bądź razie daje normalną pensję. Natomiast mój mąż dzięki pracy w Komitecie Helsińskim mógł realizować to co robił w Polsce, czyli prawa człowieka i rozwijał się, można powiedzieć. Zresztą nie raz, na pewno też żałował, że emigrował. Zresztą mieliśmy propozycję, on miał propozycję, żeby wrócić . Wtedy szef wrocławskiego radia mówi „wracaj, mam pracę dla ciebie”, ale już nigdy nie podjął takiej decyzji. Nie raz mówił, że właściwie to, że on tutaj przyjechał jakby mówił, że nie, otwarcie mówił, że nie żałował, ale ja wiem, że on jednak jeździł np. specjalnie wymyślał jakieś konferencję w Warszawie czy coś, jechał do Polski żeby się naładować. Bo on jednak też żył tym co Polska. On uczestniczył tu w wyborach, był w komisji, w polskiej ambasadzie miał ścisły związek,. Natomiast jeździł, właśnie zaczęła się wojna na Bałkanach, opowiadał tam te pierwsze ostrzały w Sarajewie itd., wybory. Jeździł jako obserwator po różnych krajach, przede wszystkim kraje Europy Wschodniej, więc Litwa, Ukraina, Białoruś, to były jego zainteresowania. No i oczywiście jego takim jakby sukcesem na koniec największym, to była Czeczenia. To była sprawa uchodźców też czeczeńskich w Norwegii. Jeździł, był np. w Inguszetii w obozie uchodźców.
[10:26 czas nagrania]
I oczywiście też mogę… ja chyba nie dorastałam do niego, nie rozumiałam go, stąd nasze kłopoty. Natomiast on bardzo to przeżywał i na pewno usprawiedliwiam go w tej chwili z perspektywy. Brakowało mu szczególnie, że Olek Gleichgewicht wrócił wtedy do Polski, bo tak to miał Olka Gleichgewichta w Oslo i jak mu było ciężko, jak to się mówi brał przysłowiowe pół litra szedł porozmawiał. Natomiast później, jak Olek wrócił do Polski było mu bardzo ciężko bez tego przyjaciela, więc oczywiście zaczęło zaglądanie niestety do alkoholu, do kieliszka. Natomiast normalnie funkcjonował, pracował, no też mówię, że ja go też nie rozumiałam. Jak wrócił z Inguszetii, nie poszedł do pracy. Ja mówię : „dlaczego ty nie idziesz do pracy?. Dla mnie to jest nienormalne, mnie tu coś boli, ale ja idę”. A on po prostu to, co zobaczył w obozie uchodźców, odchorował, tak. To co tam zobaczył, jak tam dzieci żyją. Mam dużą serię zdjęć z tego obozu…i próbował coś zrobić, żeby rodziny czeczeńskie dostawały prawo pobytu tutaj, walczył, chodził do minister spraw wewnętrznych na rozmowy. Zaangażował telewizję w to, dziennikarzy. Później zajął się też Białorusią, tu w domu naszym jeszcze w 2002 roku zorganizował takie spotkanie, był m.in. pan Milinkiewicz u nas w domu. Sprowadził dziennikarzy, żeby też Norwegia, żeby zobaczyli, że tam jednak tej demokracji nie ma, że nie ma wolności słowa. No i zorganizował dosyć dużą pomoc pieniężną, bo jakby wzorował się też na tym ile polski ruch niepodległościowy czy Solidarność wcześniej dostawał pomocy z zachodu więc uważał, że to co potrzeba, to jakiś pieniężnych nakładów.
MJP : Państwo żyliście wtedy z pensji męża?
JW. : Męża i mojej, bo ja w [19]95 roku podjęłam pracę w tej prywatnej firmie i na sto procent zaczęłam pracować. Co prawda później, kiedy w wieku czterdziestu lat urodziłam Helenkę to musiała[m się] troszeczkę ograniczyć, ale nie, z dwóch pensji. Właściwie, dopóki mąż żył, my sobie tutaj ekonomicznie dawaliśmy radę, bo z dwóch pensji w Norwegii można spokojnie żyć. Natomiast w tej chwili wiem, że z jednej pensji jest trudno.
MJP : Czy po przyjeździe miała Pani kontakty z Polską?
JW. : Cały czas. Mało tego, pamiętam w tym pierwszym okresie kiedy mieszkaliśmy na tym pierwszym mieszkaniu, to przyjeżdżało bardzo dużo naszych znajomych na przykład na truskawki, i to sobie przyje[żdżali] tak oficjalnie. Właściwie wtedy tak oficjalnie można było w [19]90 roku. Przyjeżdżali, np. w drodze do Bergen, taka grupa niżej studiujących historyków, no i oczywiście później sobie pozałatwiali tu jakąś pracę. Także ja się śmieję, że np. niektórzy senatorzy, pan Stanisław Huskowski był tutaj na truskawkach, pan z rady Urzędu Miasta [Wrocławia] na przykład, mieliśmy takie wizyty. Dużo zresztą naszych przyjaciół obejmowało [wysokie stanowiska] na przykład Grzegorz Schetyna, przyjaciel Tomka, Basia Labuda, matka chrzestna mojego syna, to są nasi przyjaciele. I dlatego myślę nie raz, że jednak może gdyby nie emigracja, to by to życie nasze w Polsce się inaczej ułożyło. Może taka niezdrowa zazdrość troszeczkę, bo jednak zdaję sobie [sprawę], że nie jest mi tu źle, ale jednocześnie nie jest to o czym myślałam.
MJP : A jak odbierała, odbiera Pani Norwegów?
JW. : Na początku przyznam, że pozytywnie, bardzo pozytywnie. Bo spotykałam się z przychylnością, życzliwością, z chęcią pomocy, ale po dwudziestu jeden latach, mam dużo znajomych Norwegów - nie powiem, ale nie mam takich Norwegów, których mogłabym nazwać przyjaciółmi. To się tak wszystko pozmieniało po śmierci męża -tak uważam.
MJP : Jak wygląda Pani obecne życie?
JW. : W tej chwili pracuję dalej w tej prywatnej firmie, czyli fizyczna praca, a oprócz tego czwarty rok mam pracę w szkole podstawowej w Mysen. Dzięki temu, że coraz więcej polskich rodzin się tutaj osiedla i w tej chwili nie tak jak [wtedy, gdy] myśmy przyjechali, moje dzieci nie miały pomocy dwujęzycznego nauczyciela. W tej chwili szkoły muszą zapewnić nauczycieli dwujęzycznych i to do każdego języka, a jest naprawdę w Mysen w tej chwili coraz więcej dzieci, także w tej chwili chyba nie przesadzę jeżeli powiem, że osiem różnych języków w szkole i do każdego szkoła musi zapewnić [nauczyciela]…i dzięki temu ja i moja przyjaciółka [mamy pracę], bo okazało się, że jest tyle tych polskich dzieci. Mam tak zwane godziny z polskimi dziećmi, pomagam im zrozumieć co się dzieje na lekcjach. Ja nie uczę norweskiego, ja jakby pomagam, jeżeli oni nie potrafią opanować tekstu z przyrody czy z geografii to ja im to po polsku muszę wyłożyć.
MJP : Pani wspomniała o dzieciach, czy Pani dzieci mówią po polsku? Czy Państwo w domu mówicie po polsku?
[16:15 czas nagrania]
JW. : Zawsze mówiliśmy do dzieci tylko po polsku. W domu mówiło się tylko w języku polskim. Dla mnie mówienie do moich dzieci w języku norweskim, byłoby nienaturalne. Bo ja mimo, że tym językiem mówię, ja tego języka jakby nie czuję, więc dla mnie wyrażanie uczuć…a poza tym uważam, że to jest mój język, z mojego kraju, korzenie, one tak samo. Syn zawsze mówił, jak się go pytaliśmy „kim jesteś?”, a miał trzy latka jak go tu przywieźliśmy, on mówi „ja jestem dobiel” czyli po norwesku to znaczy - podwójny. Ani Polak ani Norweg. Chociaż w tej chwili czuje się na pewno bardziej Norwegiem. Ale zdecydowanie po polsku, bo to jest taki jeden język ekstra za darmo, [jak] ja mówię.
MJP : Pani ma trójkę dzieci?
JW. : Tak. Najstarsza Aleksandra ma dwadzieścia siedem lat, skończyła tutaj studia, pracuje w tej chwili jako konsul w norweskiej ambasadzie w Kijowie na Ukrainie. Pracowała trochę w Departamencie do Spraw Obcokrajowców po studiach, a później dostała pracę, ma tam kontrakt na trzy lata.
MJP : Zainteresowania po tacie?
JW : Tak. Tata ją ukształtował i mimo, że nie raz się [skarżyła]: „no bo tata mnie ogranicza, bo mnie nic nie wolno”. Tata jej bardzo wysoko poprzeczkę podnosił, brał ze sobą na jakieś konferencję, na wybory do polskiej ambasady, także te zainteresowanie zdecydowanie po tacie. Mówi po rosyjsku, nie wiem czy nie lepiej niż tata w tej chwili, bo mój mąż też mówił bardzo dobrze po rosyjsku, więc ona mówi po rosyjsku, po polsku, po angielsku, oczywiście po norwesku, pisała pracę magisterską z takiej ostatniej działki, którą się mój mąż zajmował. Pisała o ruchu niepodległościowym na Białorusi. Przeprowadzała też wywiady m.in. z byłym ambasadorem [Mariuszem] Maszkiewiczem na Białorusi, z [Aleksandrem] Milinkiewiczem, z innymi opozycjonistami, jeździła na Białoruś, przeprowadzała wywiady i z tego pracę pisała.
MJP : Czy śledzi Pani obecnie sytuację w Polsce?
JW. : Oczywiście.
MJP : W jaki sposób?
JW. : Przez to, ze mam polską telewizję. Łapię się na tym, że zamiast ćwiczyć norweski język, to ja siedzę po nocach i oglądam to co się dzieje w Polsce. Ja żyję Polską dalej „ja jestem chora na Polskę”. W tej chwili coraz bardziej. Może to z tęsknoty, może właśnie śledzenie…ale mnie to interesuje i brakuje mi tu ludzi, z którymi mogłabym o tym porozmawiać.
MJP : Jak ocenia Pani obecnie sytuację w Polsce?
JW. : Bardzo zdecydowanych poglądów politycznych to nie mam, natomiast jeżeli miałabym powiedzmy powiedzieć do której partii bardziej się zbliżam, to zdecydowanie do PiS-u, bo dla mnie wartości chrześcijańskie, historyczne to jest to co jest takie bardzo, bardzo wartościowe, chociaż Platforma Obywatelska w niektórych rzeczach też jest ze mną. Śledzę to co w Polsce, słucham co moja rodzina mówi, moi przyjaciele i nie raz taki smutek mam, bo chyba nie o tą Polskę żeśmy walczyli do końca, zabrakło tej solidarności. Więc mam ogromny żal i rozumiem teraz moją mamę, która zmarła już tyle lat i nie raz mówiła, że jej się w komunie lepiej żyło. Bo mi się wydaje, że jednak byli działacze, którzy szerzyli te hasła solidarności, szlachetności, uczciwości, nie są do końca uczciwi, kiedy tylko zajmują jakieś stanowiska. I tak myślę, że…ja śledzę to co jest w telewizji i z rozmów, że chyba nie wszystkim obywatelom się dobrze żyje i na pewno żal wielu młodych ludzi, którzy kończą studia i nie mogą dostać pracy albo wręcz tych zdolnych uczniów, którzy nie mogą pójść na studia, bo ich nie stać.
MJP : Które wydarzenia w historii Polski od roku [19]81 uważa Pani za najważniejsze?
JW. : Po [19]81? Zdecydowanie na pewno wybory czerwcowe, chociaż nie twierdzę, że to były pierwsze demokratyczne, to znaczy to były pierwsze demokratyczne natomiast nie dały podstawy do tworzenia. Zabrakło w Polsce [tego], co niestety „odbija się czkawką” w historii Polski po [19]89, to jest gruba kreska Mazowieckiego. To był błąd, bo w tej chwili to sięganie ciągle [do tego] co było kiedyś, rozliczanie tych ludzi, czy nawet krzywdzenie, tak jak żeśmy mówili - ubecy tworzyli papiery, a w tej chwili [jest za późno], to trzeba było zrobić w [19]89, a poza tym dla mnie obrady Okrągłego Stołu to było coś za coś. Czyli Solidarność otrzymała władzę, natomiast pieniądze i ogromny potencjał kapitału dostali byli komuniści. I to był błąd, bo może ich wtedy trzeba było odsunąć. A w tej chwili uważam, że nie powinno się tak rozgrzebywać, już nawet sądzenie tego Jaruzelskiego, za ten stan wojenny to już nie, bo to trzeba było wtedy zrobić, czyli to co zrobili Czesi i Niemcy.
MJP : Czy uważa Pani swoją sytuację za lepszą czy gorszą niż Pani rówieśnik w Polsce?
JW : To zależy od których znajomych, bo mam…czy chodzi o czysto ekonomicznie?
MJP: Tak ogólnie.
JW : Więc uważam, że moi przyjaciele gdzieś tam w małych miejscowościach, pracują jako nauczyciele, ale robią to co lubią, to co studiowali więc moja sytuacja jest gorsza. Na pewno oni finansowo mają gorzej niż ja z kolei. Natomiast mam wielu przyjaciół, którym się powodzi bardzo dobrze, bo nie dość, że robią to co lubią, to mają z tego pieniądze. A poza tym to każdy z nas lubi [być] postrzeganym, bywać, więc mam przyjaciółkę, która już jest dwadzieścia lat dyrektorem ogólniaka we Wrocławiu, która ma kontakty z Ministerstwem, opracowuje jakieś programy, czyli robi to co daje jej satysfakcje, oprócz tego jest zauważalna, jest znaną osobą we Wrocławiu. [Zadaję sobie] pytanie co by było z nami, gdybyśmy nie emigrowali?
MJP : Myślała Pani o powrocie do Polski?
JW. : Myślałam, ale to jest nierealne. Powrót to trzeba było zrobić wtedy kiedy były małe dzieci, czyli w tych pierwszych latach, tak jak wiele rodzin się zdecydowało na powroty. Mam przyjaciół np. z Kanady powracali, był wojewodą zresztą po powrocie z Kanady. Natomiast w tej chwili nie, zwłaszcza, że po takiej długiej nieobecności w kraju ja czuje się w takim zawieszeniu, ja nie czuję się Norweżka, Norwegia nie jest moim krajem, ale też w Polsce… nawet jak po śmierci teściowej chodziłam po urzędach, musiałam różne rzeczy załatwić, ja chwilami [pytałam] „czy ta pani mówi po polsku czy po chińsku?” Ja miałam duże kłopoty, dzięki przyjaciołom oczywiście wszystkie te urzędowe sprawy załatwiłam, ale jest tyle zmian, tyle nowego, a poza tym mentalność ludzi. Ja opuszczałam Polskę, gdzie była inna mentalność, w tej chwili nowe pokolenia żyją inaczej, to jest właśnie otwarcie na zachód.
MJP : W którym roku po wyjeździe do Norwegii Pani po raz pierwszy przyjechała do Polski?
JW. : Pierwszy raz w [19]94 czyli po pięciu latach.
MJP : To był rodzinny wyjazd?
JW. : Tak. Pojechaliśmy wszyscy razem. Właściwie nie wolno nam było jechać wtedy, bo powinniśmy byli czekać do nadania obywatelstwa norweskiego, ale żeśmy na to nie czekali, pojechaliśmy samolotem na taką krótką wizytę.
MJP : Bardzo Pani dziękuje za rozmowę.
JW.: Proszę.